strona główna
Życiorys
Homilie
Homilie II
Homilie III
Homilie IV
Rekolekcje
Rekolekcje2
Rozwazania
Modlitwa
Chodzenie po tropach
Inspiracje
Refleksje
Na marginesie
Pasje
Wspomnienia
Video
Kontakt

Homilie III


Aby pobrać nagranie należy kliknąć na ikonce dyskietki prawym przyciskiem myszy
i wybrać opcję: "Zapisz element docelowy jako..."


Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata
Mt 25,31-46 - Sąd Ostateczny.

Można odnieść złudne wrażenie z tej dzisiejszej Ewangelii, że sąd Boży jest symetryczny: - dobrzy na prawo, źli na lewo ...i sądzimy! To wrażenie jest jeszcze podsycane takim zdaniem, które kołacze się w głowie każdego człowieka, który kiedyś jako dziecko chodził na religię i znał taki wierszyk: „…Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze!” Otóż, jest to uproszczenie przeznaczone dla dzieci - ale w większości tutaj nie jesteśmy dziećmi - i ten sąd Boży bynajmniej nie jest symetryczny.
Można by powiedzieć w ten sposób, że jeżeli będę się cieszył oglądaniem Pana Boga twarzą w twarz, jeżeli On mnie zaprosi do siebie, do tego mieszkania, które - jak słyszeliśmy - przed wiekami przygotował dla mnie, to będzie Jego łaska. Natomiast kiedy zostanę wyproszony, to będzie mój wybór i dlatego to jest niesymetryczne. Zbawienie otrzymuję, a potępienie wybieram sobie sam. Ktoś może powiedzieć: „No, jak to?” Weźmy taką banalną sytuację: jeśli coś wyrosło w moim wnętrzu, idę do chirurga i on mi to wycina. Zaufałem jego zręcznym palcom i wiedzy, zawdzięczam mu życie, czy zawdzięczam mu to, że jestem zdrowy. Natomiast jeżeli świadomie wybieram, że nie chcę korzystać z jego usług, to czyja jest wina, że umieram z powodu tego, że zaniedbałem? Dokładnie tak samo jest z naszym zbawieniem. Pan Bóg daje mi łaskę zbawienia, ale ja nie muszę z niej korzystać .




I to dzisiejsze czytanie - ponieważ dzisiaj obchodzimy uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata - mówi właśnie o sądzie, gdzie zgromadzą się wszystkie narody. I tutaj warto odpowiedzieć na pytanie, które bardzo często jest zadawane szczególnie przez młodych ludzi: „A co będzie z ludźmi niewierzącymi? Jak oni będą sądzeni? Czy oni będą zbawieni?” Otóż właśnie dzisiejsza Ewangelia, przede wszystkim mówi o sądzie nad ludźmi, którzy nie są wierzący. Zwróćmy uwagę, że ci ludzie nie znają Chrystusa: - „Panie, kiedy widzieliśmy Ciebie głodnym, albo spragnionym, albo nagim, albo w więzieniu?” Nie wiedzą o co chodzi, gdy Jezus im mówi, że nakarmili Go, bo Jezus mówi w pierwszej osobie. To jest bardzo ciekawe, czyli obecność Jego w każdym człowieku jest jak najbardziej rzeczywista i realna. Co rzecz jasna nie znaczy, że ta Ewangelia także nie dotyczy nas wierzących. Można by powiedzieć, że Ewangelia, która ilustruje sąd nad wierzącymi była tydzień temu, kiedy Pan Bóg rozliczał z talentów. Wiara nasza jest darem, jest łaską. Mogliśmy się urodzić w rodzinie, która nic nie wie o Panu Bogu i wtedy jesteśmy sądzeni na podstawie czynów, naszych czynów.
Każdy człowiek, który nie znał Pana Boga, u końca jego życia wszystkie te czyny staną mu przed oczyma. I warto zastanowić się o co Pan Bóg pyta, bo nas też będzie o to pytał. A pyta o rzeczy codzienne, powszechne, banalne: „byłem głodny, a daliście mi jeść” - mówi do zbawionych. Albo „byłem głodny, a nie daliście mi jeść i pić”... I tu nie chodzi tylko o to, że ja nakarmię jakiegoś zgłodniałego człowieka, tu nie chodzi, że ja napoję tego człowieka. Głód i pragnienie, to jest także głód miłości i pragnienie miłości. To ten krzyk we współczesnym świecie samotnego człowieka, który żyje samotnie trzydzieści centymetrów ode mnie - bo tyle mniej więcej wynosi ściana mojego domu - a za tą ścianą żyje człowiek samotny, a ja nie słyszę tego milczącego krzyku. Byłem głodny i spragniony, a nie daliście mi jeść - to o wiele bardziej chodzi o ... nasycenie Miłością, niż nasycenie żołądka. Dalej: „byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie” - to jest zrozumiałe, tego nawet nie trzeba tłumaczyć. Straszne zdanie jest następne: „byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie”. To nie chodzi tylko i wyłącznie o to, że dam starą kurtkę, w której już nie chodzę, jakiemuś żebrakowi. Dzisiejszy świat jest światem nagości, niby szczery... Zobaczmy, czegokolwiek się dotkniemy, tam jest ludzka nagość. Jak to Miłosz genialnie określił w wierszu „Oeconomia divina”, mówiącym o sądzie: „ludzie zrzucali suknie na placach, wzywając swoją nagością Sądu Boga”. I ja dzisiaj w tym wszystkim uczestniczę. Czy ja zakrywam tą nagość? Czy wręcz odwrotnie, ja ją odkrywam? A może czerpię z tej nagości zyski? „Byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie” - sądzę, że te słowa tyczą się właśnie tej sprawy. Owszem, także tej kurtki, którą dam biednemu człowiekowi, ale również tej sprawy - naszych oczu, naszej wyobraźni, tego wszystkiego, co się we współczesnym świecie dzieje, gdzie ludzie wzywają sądu swoją nagością, bezwstydem. Dalej Jezus mówi: „byłem w więzieniu, a nie przyszliście do mnie”. Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz, że do więzienia nie idzie się za pacnięcie muchy na ścianie. A Jezus mówi w pierwszej osobie: JA byłem w więzieniu! Czyli identyfikuje się z tymi ludźmi, którzy siedzą w więzieniu. On też jest tam obecny w nich, może oni nie mają tej świadomości, tak jak nie ma świadomości człowiek, który sprzedaje swoją nagość. Pan Jezus mówi dokładnie, że jest w nim obecny: to Ja jestem nagi, mimo, że ten człowiek sprzedaje swoje ciało...Czyli jak my na to wszystko reagujemy? Tam jest Pan Bóg w tych ludziach, czy my zasłaniamy tą nagość? Czy na przykład potępiamy tych wszystkich ludzi? Odsądzając ich od czci i wiary, a przecież są to stworzenia Boże. Jezus pyta nas o tą reakcję. To jest niezmiernie ważne, żebym ja sobie teraz odpowiedział na te pytania, bo może być w moim życiu taka chwila, kiedy na odpowiedź będzie za późno. Jak mówiłem na początku, to ja sam wybieram piekło. Nie jestem tam wtrącany, to jest sekwencja moich życiowych wyborów. I dokładnie to samo dzieje się w naszym świecie. A my chrześcijanie? No cóż, należałoby skwitować cytatem z Pisma: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. My będziemy także rozliczani ze swojej wiary, nie tylko z uczynków.
Jezus mówi, że kto karmi się moim ciałem ,mówiąc o Eucharystii ma życie w sobie. Rzecz jasna, ja nie mówię tego, żeby kogokolwiek straszyć, czy napełniać lękiem, to jest Boża propozycja, ale nie mówmy że Pan Bóg jest okrutny. On po prostu szanuje nasz wybór. On nie będzie za nami biegł, chociaż otacza nas swoim Zbawieniem, jak powietrzem. Stawia na naszej drodze mnóstwo ludzi, którzy usiłują nam zasugerować, że może warto by się przejąć słowami Ewangelii. A my mamy swój świat, biegniemy, zanurzamy się w to wszystko ... i zapominamy. Tak, że nie jest moją intencją, ani intencją Pisma Świętego, żeby straszyć.
Bóg mówi tylko tyle: człowieku, nawet jeżeli ty na serio nie traktujesz swoich wyborów, to Ja traktuję je na serio. Amen.





XXXIII Niedziela Zwykła
(Prz 31,10-13.19-20.30-31), (Mt 25,14-30) - przypowieść o zakopanym talencie.

Czujemy instynktowną litość dla człowieka, który nie dosyć, że został obdarowany tylko jednym talentem, to jeszcze został mu on zabrany i wszystko, co miał, zostało mu zabrane. Jeżeli takie uczucia się w nas rodzą, to może sami użalamy się nad sobą? Użalanie się nad sobą paraliżuje nas. Paraliżuje nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie wykorzystać swojego życia. To, co dostajemy, swoje życie, zakopujemy w ziemi.

Ten pan, który obdarowuje każdego ze sług, obdarowuje ich osobiście. Wie, komu co daje i dlaczego daje. Tu należy spojrzeć na siebie. To, że akurat taki jestem, to nie jest przypadek, ja mam coś sensownego z tym zrobić. Pan Bóg wie, czym mnie obdarował.

Bardzo wielkim niebezpieczeństwem jest to, że ja odwracam oczy od tego, czym zostałem obdarowany i zaczynam porównywać się z innymi ludźmi. Moda na różne talenty była różna w historii, to nie ma znaczenia. Ważne, żeby wsłuchać się w to, co dostałem. Nie użalać się, że mam mało, tylko korzystać z tego i wykorzystać, co mam.



Czy czasem nie jest z nami tak, że lęk przed życiem, lęk przed popełnieniem błędu, powoduje, że wycofujemy się powoli z każdej rzeczy, która została nam dana? To jest asekuranctwo. Ten, który się asekuruje, boi się życia, boi się popełnienia błędu. Ale przecież każdy z nas nie jest człowiekiem nieomylnym. Popełniamy błędy i nie za błędy Pan Bóg sądzi tego sługę. Za to, że nie wykorzystał tego, co miał. Jest taki cudowny film, który niedawno oglądałem, gorąco go polecam. Film się nazywa „Motyl i skafander”. Jest to film o człowieku, który ma tylko dwa talenty: oko i umysł. Potrafi je tak cudownie wykorzystać, że przy pomocy sprawnego oka i umysłu pisze książkę. Pada w tym filmie takie zdanie z tej książki, którą napisał...

Człowiek potrafi nieraz dojść do takich dziwnych rzeczy, że sam przed sobą i przed innymi ukrywa talenty po to, żeby nie wykorzystywali go inni. Jak w wierszu Herberta mówi Klaudiusz: „latami grałem przygłupa, idioci żyją bezpiecznie”.





XXXII Niedziela Zwykła
(J 2,13-22) "...sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał."



Nieestetyczny dysonans - tak można by określić na pierwszy rzut oka to dzisiejsze czytanie. Jezus pojawia się w zupełnie innej roli. Na ogół widzimy Go, oceniamy i oglądamy jako Człowieka, który wybacza najgorsze grzechy, który - mało tego - otacza się ludźmi podejrzanego autoramentu, ale także, który dyskutuje z faryzeuszami, saduceuszami. Czasem padają ostre słowa, ale nigdy nie dochodzi do rozróby. Cztery Ewangelie notują dokładnie to samo wydarzenie, choć trzy z nich - to znaczy Ewangelie synoptyczne, Mateusz, Marek i Łukasz - umieszczają to wydarzenie pod koniec działalności Jezusa, natomiast Jan na samym początku. Niektórzy egzegeci sugerują, że być może były dwa takie wydarzenia, czyli można by myśleć, że Jezus częściej był gościem w świątyni i częściej dokonywał tego typu rzeczy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Jezus stracił panowanie nad sobą, ale Bóg nie traci panowania nad sobą. Bogu się nic nigdy nie wymyka z rąk, to my możemy tak sądzić posiłkując się naszym doświadczeniem, naszym doświadczeniem opuszczenia przez Pana Boga, ale z perspektywy czasu bardzo często dochodzimy do takiego wniosku, że to my Go opuściliśmy, a nie On nas... Ale powróćmy do tego wydarzenia, nie będziemy się wdawali w spory egzegetów. Warto by chyba zwrócić uwagę na fakt następujący: Ewangelia świętego Marka notuje takie oto wydarzenie przy okazji opisu wypędzenia przekupniów ze Świątyni, czy - można by powiedzieć - aktu porządkowania tej Świątyni. Mianowicie Marek mówi, że Jezus w przeddzień przyszedł do Świątyni, pooglądał sobie wszystko, a dopiero w następny dzień wszedł tam z batem i porozpędzał całe towarzystwo. A więc było to metodyczne działanie. Często jest tak, że przynajmniej pierwsze skutki metodycznych działań można porównać do działań, które wypływają z gniewu i wściekłości. Jeżeli człowiek chce zmienić kafelki w swojej kuchni, to bierze młotek i rozwala stare. Efekt: kupa gruzu. Jeżeli ten sam człowiek wścieka się na swoją rodzinę, bierze młotek i rozwala te same kafelki, to efekt jest podobny. Natomiast motywy działania są zupełnie inne. I tu mamy do czynienia z taką sytuacją - to jest metodyczne oczyszczanie Świątyni nie spowodowane wściekłością czy gniewem, ale działaniem pełnym rozsądku. W takim razie ktoś może zapytać, co oznacza to powiedzenie Jezusa że „gorliwość o dom Twój pożera mnie”, czy „pochłania” jak jest w innych tłumaczeniach? Czy to nie mówi o wściekłości, o irytacji? Otóż nie! Wydaje się, że to zdanie dotyczy męki Chrystusa, to znaczy Jezus mówi, że jeżeli ja rzeczywiście będę stawał w obronie sacrum - tego co święte - we mnie, to mnie to pochłonie, ale poprzez pochłonięcie doprowadzi do zmartwychwstania, bo wszystkie te czytania - dotyczące Świątyni, którą jest Jezus i którą my także jesteśmy i którą budujemy, jak to ujął święty Paweł „z żywych kamieni” - tak naprawdę one mówią o sacrum i profanum. O tych dwóch sferach w naszym życiu, o tym, co święte i o tym, co może sprofanować to, co święte. Te dwie rzeczy, niestety, ale wchodzą ze sobą w kolizję. I zaryzykowałbym takie stwierdzenie, że profanum pełza tak jak lawa. Jeżeli ja z żelazną konsekwencja nie stanę na straży świętości, to ono mnie pochłonie. Natomiast jeśli sacrum pochłania wszystko - łącznie z profanum - to ono je uświęca. I Jezus mówi nam żebyśmy z żelazną konsekwencją bronili naszej świętości. W wizji-Apokalipsie świętego Jana, tego samego autora, którego fragmenty czytaliśmy, jest wizja Chrystusa jako pasterza, mężczyzny, który wiedzie swoje owce i ma w ręku żelazną rózgę, ale ona nie służy po to, aby kruszyć kości, tylko to jest symbol żelaznej konsekwencji. I tutaj w tym obrazie porządkowania Świątyni mamy coś takiego. Skoro my jesteśmy Świątynią Boga, to jeżeli naprawdę wpuszczę tam pasterza, to niestety, nie obejdzie się bez wywracania stołów! Jeszcze jedna rzecz świadczy o tym w tej Ewangelii, że Jezus wcale nie kierował się nerwami. Mianowicie proszę pamiętać, że szczególnie wzmożony wysiłek w pilnowaniu pielgrzymów był właśnie podczas Paschy. Było cos takiego w świątyni żydowskiej jak straż świątynna, która przywoływała ludzi do porządku, kiedy zachowywali się nie tak jak trzeba A w tej sytuacji ich nie ma, co więcej, rabini podejmują dyskusję z Jezusem. Jeżeli człowiek jest wściekły i nas atakuje, my często siłą rzeczy, siłą inercji robimy to samo. Natomiast, jeżeli coś robi metodycznie i spokojnie, to już nie wzbudza w nas tego typu reakcji i widocznie tak to było odbierane. A więc nie ma co się wściekać na siebie jeżeli coś mi w życiu moim duchowym nie wychodzi, jeżeli ciągle zmagam się z tymi samymi grzechami, tylko zacząć akcję porządkowania świątyni mojego wnętrza właśnie metodycznie. Przygotować się do tego, tak jak Jezus przygotował się w przeddzień, kiedy przyszedł i zobaczył to wszystko, co się tam dzieje bo opisuje ta sytuacja moje wnętrze i ja jestem świątynią Pana Boga. Czy stać mnie na to, czy raczej poddaję się, coraz większe obszary mojego życia zalewa profanum, które kiedyś mnie zniszczy po prostu, a może moja religijność - właśnie taka religijność nie rozwijana, religijność, która bazuje tylko i wyłącznie na przyjściu do kościoła, ewentualnie rzuceniu Panu Bogu w ciągu paru sekund kilku modlitw, to jest religijność - bądźmy szczerzy - rodem z jasełek, niepogłębiona zupełnie. Nie mam nic przeciwko jasełkom, ale jeżeli na tym się wyczerpuje nasza religijność, to naprawdę jest ona żałosna! To wymaga żelaznej konsekwencji. Jesteśmy Świątynią Bożą, możemy sami siebie zniszczyć i to jest chyba jedna z największych tragedii człowieka. Zbudowany na obraz i podobieństwo Boga da się pochłonąć przez lawę profanum i ten wspaniały obraz zostaje zniszczony sam przez siebie. Amen.





Uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada
(Mt 5,1-12a) - Osiem błogosławieństw.

Poczuć w pędzie przemijania spokój wieczności - z zapisków na marginesach.



Opis ośmiu błogosławieństw jakby nie pasował do projektu szczęścia współczesnego człowieka. Ale są różne poziomy szczęścia, tak samo jak są różne poziomy rzeczywistości, która nas otacza. Są różne poziomy sztuki czy muzyki. Jest muzyka, która porusza najgłębsze struny z życiu człowieka, w jego sercu i jest taka muzyka, która jest tylko „wypełniaczem” podczas podróży samochodem. Tak samo jest ze szczęściem, synonimem szczęścia jest dostatek, brak jakichkolwiek trosk i poczucie, że człowiek jest bezpieczny... Jest to złudne, kondycją ludzką jest pielgrzymowanie, pojawiamy się na tym świecie, jesteśmy i odchodzimy z tego świata. Nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że można na tym świecie zbudować coś trwałego. Człowiek jest dziwnym konglomeratem przemijalności, kruchości ... ale i wieczności. I jeżeli chcemy coś trwałego zbudować, musi to mieć korzenie w wieczności.





XXX Niedziela Zwykła
(Wj 22, 20-26) "Jeśli weźmiesz w zastaw płaszcz twego bliźniego, winieneś mu go oddać przed zachodem słońca, bo jest to jedyna jego szata i jedyne okrycie jego ciała podczas snu."
(Mt 22,15-21) "Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego".



Muszę przyznać, że gdy czytałem ten fragment z Księgi Wyjścia i miałem świadomość, że opisuje on wydarzenia jakieś 1300 lat przed Chrystusem mające miejsce - a Księga była spisana między 7 a 9 wiekiem przed Chrystusem - i wczytując się w ten fragment, to naprawdę można doznać olśnienia. W momencie, kiedy nie było jeszcze greckiej filozofii, kiedy ludzie oddawali cześć zwierzętom i drzewom, był naród który czcił Boga którego imienia nie znał. Znał Go pod imieniem: Jestem, który Jestem. Jak to powiedział Bóg do Mojżesza w krzaku gorejącym: „Idź i powiedz, że Jestem posłał ciebie do narodu izraelskiego.” Mało tego, był absolutny zakaz wykonywania jakiegokolwiek wizerunku. A więc wiara tak subtelna, tak niesamowita, przekładająca się na tak niesamowite przykazania. Jak przed chwilą usłyszeliśmy, jeżeli ktoś wziął zastaw w postaci płaszcza bliźniego, ponieważ ten mu nie miał w czym oddać, musi oddać mu go wieczorem, żeby ten nie zmarzł w nocy, żeby nie było mu zimno w nocy! Ten naród kierował się takimi przykazaniami! Można by powiedzieć, no dobrze, ale kto je wypełniał? Pewnie byli jacyś ludzie, którzy je wypełniali; równie dobrze można by zapytać, kto dzisiaj wypełnia dziesięć Przykazań Bożych. Chodzi o samo prawo, które zostało dane, tak subtelne, że jeśli człowiek biedny zwracał się do kogoś o pożyczkę, to ten ktoś nie mógł mu nakładać procentów. A co stało u podstaw tego prawa? W Księdze Wyjścia czytamy takie oto zdanie na początek: „Nie będziesz gnębił i nie będziesz uciskał cudzoziemców, bo wy sami byliście cudzoziemcami w ziemi egipskiej”. A więc świadomość tego, że jesteśmy pielgrzymami, tak jak Żydzi, którzy mieli nieustannie nosić w sobie świadomość tego, że kiedyś byli w niewoli. Teraz wprawdzie byli na wolności, ale i tak byli pielgrzymami na tej ziemi. I myślę, że to jest jeden z takich fundamentów: jeżeli ja cały czas pamiętam, że moje życie jest przemijaniem, to coraz oporniej będę wyciągał rękę i zaciskał palce na różnych rzeczach. Jeśli mam świadomość, że wszystko przemija, to coraz bardziej będę zwracał uwagę na to, co w moim życiu nie przemija, a więc na dobre relacje z drugim człowiekiem, na to co nigdy nie ginie, na to, co mogę zabrać na Drugą Stronę, ponieważ jestem Homo Viator, jestem pielgrzymem tutaj na tej ziemi. Co więcej, gdy doświadczę jakiejś nieprawości ze strony innych ludzi na własnej skórze, ja wedle tego nakazu mam o tym pamiętać, że nie mogę tego samego czynić drugiemu człowiekowi, bo on będzie tak przeżywał jak ja, z takim bólem.
Ludzie zawsze szukali jakiejś krótkiej sensownej formuły na wyrażenie wszystkiego, to już jest tęsknota matematyków i fizyków, żeby zawrzeć w krótkim sensownym równaniu teorię wszystkiego i to równanie musi spełniać pewne kryteria. Mianowicie, musi być dobre tzn. prawdziwe, ale o dziwo, matematycy i fizycy mówią, że musi być także piękne! Ciekawe, że ta triada platońska, Prawda – Dobro – Piękno, towarzyszy nie tylko sprawom ludzkiego życia, sprawom egzystencjalnym, ale sprawom tak abstrakcyjnym, jak matematyka czy fizyka. I Jezus w dzisiejszej Ewangelii daje nam takie prawo obejmujące wszystko. Żydzi za czasów Jezusa szukali nieustannie istoty prawa, czegoś, co by wyrażało tak naprawdę wszystko. I Chrystus mówi o dwóch prawach: miłości Boga i miłości bliźniego, o tej Bożej koniunkcji. A koniunkcja, czyli zdanie połączone spójnikiem ”i”, wiemy, że jest prawdziwa wtedy, jeżeli jedna część i druga jest prawdziwa i obydwie się nawzajem weryfikują. Nie można powiedzieć, że miłuję Boga, jeżeli mam w pogardzie jakiegokolwiek człowieka i mu nie przebaczyłem. I nie można powiedzieć, że miłuję człowieka, jeśli mam w pogardzie Pana Boga. To mówi Chrystus i można by powiedzieć, że siebie samego stawia za wzór, bo zwróćmy uwagę, że w Nim było zjednoczone i Bóstwo i człowieczeństwo w jednej Osobie. A więc ten Żyd, który czcił Jezusa, jako człowieka, tak naprawdę oddawał cześć Bogu, a ten, który widział w Nim Boga, oddawał cześć człowiekowi. To jest najbardziej istotne i ogólne przykazanie i myślę, że to dotyczy wszystkich ludzkich przykazań, każdego prawa. Prawo nie obowiązuje, jeżeli nie ma na celu miłości drugiego człowieka, jeżeli stoi w sprzeczności z miłością drugiego człowieka. Warto o tym ciągle sobie przypominać, tak jak Żydzi przypominali sobie w modlitwie Shemma Izrael - słuchaj Izraelu - Pan Bóg jest Bogiem Jedynym, będziesz miłował Pana Boga twego całym swoim umysłem, całym swoim sercem i całymi swoimi siłami. Ciągle to powtarzali, co szabat była to modlitwa wieczorna. Żydzi także powtarzali to, gdy szli do gazu - powtarzali to w Oświęcimiu. Jeden z Ojców Pustyni powiedział, że przyczyną naszej grzeszności jest ... zapominanie. Myślę, że ciągłe przypominanie sobie o tych dwóch najważniejszych przykazaniach - napisanie tego, zostawienie jakiegoś symbolu, który nieustannie będzie mi przypominał o tej Bożej koniunkcji - jest tak naprawdę kluczem do sensownego życia ludzkiego. Zawsze kiedy zapominam, zawsze się gubię. W Księdze Wyjścia jest jeszcze taka groźba Pana Boga, który mówi, że jeżeli nie będziemy szanowali słabych ludzi wokół nas, to On wygubi nas mieczem. Oczywiście, jest to pewnego rodzaju metafora, a na czym ona polega? Otóż proszę zwrócić uwagę, że jeżeli ja poniżam drugiego człowieka, to - jestem przecież jednością - i ten sam człowiek, który poniża bliźniego na zewnątrz, idzie do swojej rodziny i też poniża swoją rodzinę. Jesteśmy jednością, tak że mój stosunek do drugiego człowieka jest weryfikowany przez mój stosunek do najściślejszego kręgu moich znajomych, przyjaciół, tych których obdarzam miłością, co więcej, jeżeli w moim życiu jest jakaś pasja, której poświęcam całkowicie swoje życie i jednocześnie ona nie ma nic wspólnego z miłością mojej rodziny. Oczywiście każdy z nas, każdy człowiek, który tak bardzo pogrąża się w pracy, że nie ma ochoty ani czasu na zamienienie dwóch zdań ze swoją żoną, mężem czy dzieckiem i mówi, że to robi dla swojej rodziny, ale tak naprawdę okazuje się, że jeżeli trwa w czymś takim dostatecznie długo, to zniszczy tą rodzinę. To ja sam, to moje czyny maja w sobie moc niszczenia albo moc budowania, to nie interwencja Pana Boga, warto ciągle sobie o tym przypominać.
Naczelne i pierwsze przykazanie: Boża koniunkcja - miłość Boga i miłość bliźniego, te dwa przykazania wzajemnie się weryfikujące. Poza tym nie ma żadnego innego przykazania, wszystko inne się w tym zawiera. Piękna formuła, piękna, dobra i prawdziwa - można by powiedzieć, teoria wszystkiego, jeśli chodzi o ludzką egzystencję.





XXIX Niedziela Zwykła
(Iz 45,1.4-6) To mówi Pan o swym pomazańcu Cyrusie: Ja mocno ująłem go za prawicę"
(Mt 22,15-21) "...Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? ..."



Ciekawy jest skład delegacji, którą wysłali faryzeusze do Jezusa. Otóż przedziwne jest to, że w wchodzą w jej skład adwersarze polityczni, wchodzą zwolennicy faryzeuszów, czyli można by powiedzieć nacjonalistów, jak i zwolenników Heroda, czyli zwolenników reżimu – pamiętajmy, że Palestyna była pod panowaniem rzymskim - a więc tych wszystkich, którzy zgadzali się na to i czerpali z tego korzyści i profity. A po co taki skład delegacji? Tylko po to, żeby postawić Jezusa pod ścianą … I to jest pierwsze pytanie skierowane do nas: - czy my czasem nie jesteśmy gotowi sprzysiąc się z diabłem, żeby pogrążyć kogoś innego? Trudne pytanie i być może czasem tak w naszym życiu bywa, że jesteśmy w stanie przejść ponad podziałami - to jest takie specyficzne porozumienie ponad podziałami - a celem jest jedna rzecz: zniszczyć swojego przeciwnika. Przychodzą do Niego i zadają mu pytanie, poprzedzone rzecz jasna szeregiem komplementów. Pytanie, które w zasadzie jest alternatywne, można odpowiedzieć „Tak” albo „Nie”. Ale brzmienie tego pytania przewija się przez całą Biblię, a początek jego jest w Raju. To szatan zadaje takie pytanie, rozmawiając z Ewą. Dosłownie identycznie brzmi: - „Czy to prawda, że Bóg zabronił wam spożywania owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?...” Dalej w Ewangelii mamy takie pytania: diabeł mówi do Jezusa: - „Jeżeli jesteś Synem Bożym, to zamień ten kamień w chleb, rzuć się z narożnika świątyni”; faryzeusze mówią przy pojmaniu kobiety cudzołożnej: „Nauczycielu, w Prawie kazali nam takie kamienować, a Ty Nauczycielu, co Ty nam powiesz?”… I dzisiejsze pytanie: - „Nauczycielu, czy można płacić podatek Cezarowi, czy też nie?” Warto wejść w głąb tego pytania i zastanowić: czy czasem ja nie stawiam innych ludzi właśnie w takiej perspektywie? Pytanie, które narzuca tylko i wyłącznie dwie odpowiedzi i obydwie są złe. Bo gdyby Jezus odpowiedział: - "nie płaćcie!”, to oczywiście zwolennicy Heroda i reżimu powiedzieliby, że jest buntownikiem. Gdyby powiedział: - „ płaćcie!”, to z kolei nacjonaliści by się zbuntowali i powiedzieli, że: - „No, jak to, przecież nie jesteś patriotą!” Nie ma dobrych rozwiązań. I teraz co nam Jezus sugeruje, żebyśmy robili w takich przypadkach robili? Można by powiedzieć, że czasem życie stawia nas przed tego typu pytaniami, czasem widzimy tylko alternatywę, w której każda odpowiedź jest czymś złym. Jezus proponuje wyjście ponad pewien pułap, wymknięcie się z tej pułapki, i okazuje się, że bardzo często jest tak, że gdy zabrniemy w ślepą uliczkę, jedyną możliwością jest dystans. Gdy idziemy po jakimś terenie nieznanym i nie widzimy horyzontu, trzeba znaleźć punkt z którego będzie coś widać. I dokładnie tak samo jest tutaj. Chrystus wychodzi zupełnie ponad te spory polityczne, co więcej, desakralizuje władzę, ustawia to wszystko w normalnym porządku. Czy tego chcemy, czy nie chcemy, czy o tym wiemy, czy nie wiemy, świat jest Boży i należy do Pana Boga. Z naszej krótkiej ludzkiej perspektywy, być może z naszych egoistycznych interesów, wynika, że stoimy przed ściana, ale gdybyśmy usiłowali wznieść się wyżej, okazałoby się, że perspektywa jest oszałamiająca. Najczęściej zamykamy ten bilans tylko i wyłącznie w przestrzeni lat, które nam zostały dane tutaj na ziemi, natomiast zawsze jest wyjście poza tą przestrzeń, ponieważ jesteśmy wieczni, tak przynajmniej mówi Ewangelia i my w to wierzymy. I taką perspektywę prezentuje Izajasz dzisiaj, mówi o Cyrusie, władcy Persji, który kompletnie nie znał Pana Boga, nawet nie wiedział, że jest jego narzędziem, a jednak był. I to nam się wydaje tylko, że Pan Bóg może zapomniał o nas, ale zawsze gdy tak nam się tak wydaje, to powinno nas to zmusić do opuszczenia tej krótkiej egoistycznej perspektywy. Tu mi się przypomina taka scena dotycząca proroka Eliasza, kiedy on kpi z proroków Baala i mówi: - „Gdzie jest wasz bóg, może zasnął, może był odwrócony, może mu się coś wymknęło?” Bogu nie może się nic wymknąć, wszystko co mi się zdarza w życiu jest po prostu Jego. Natomiast, jeżeli odczuwam cierpienie nie do zniesienia, to być może nie stać mnie, albo nie chcę z egoistycznych pobudek wyjść ponad to wszystko, ponad alternatywę, w której każdy z wyborów jest zły.
Jezus mówi: - oddajcie to, co Cezara, Cezarowi, a to, co Boga, Bogu. Boży jestem ja i Boży jest cały świat i jeżeli ja nie będę oddany Bogu, to będę nieustannie stawał wobec ściany tego typu pytań bez wyjścia, każde z nich, każde wyjście za którym się opowiem, będzie złe i będzie niosło za sobą tragedię. Natomiast czasami trzeba właśnie rzucić na szalę swój egoizm, swoją krótką perspektywę. To dotyczy nie tylko spraw politycznych, to dotyczy także mojego podwórka, tego fragmentu życia w którym jestem zadomowiony, mojej rodziny, bo bardzo często jest tak, że pragnienie władzy z mojej strony jest tak wielkie, że stawiam drugiego człowieka wobec alternatywy, gdzie każde wyjście jest złe. Gdybym troszkę odszedł, złapał dystans, zobaczył, że moje życie jest krótkie, tutaj na ziemi jest tylko preludium - ważnym preludium - do wieczności, okazałoby się, że jest jakieś inne wyjście, ale ono często wymaga zaprzeczenia. Zaprzeczenia mojemu egoizmowi, moich chorych ambicji, moich wybujałych fantazji i tak dalej, a na to mnie nie stać i w związku z tym ciągle się szarpiemy z drugim człowiekiem. Tak może być w rodzinie, tak może być wśród przyjaciół, tak może być w klasztorze, w każdym miejscu, gdzie istnieją ludzie i stawiają nawzajem siebie pod ścianą. Jest taka rozmowa z Piłatem, kończąca Ewangelię św. Jana Apostoła, kiedy Piłat widzi, że Jezus jest człowiekiem wolnym, że nawet w takiej sytuacji, kiedy w zasadzie nie ma wyjścia, On nie obawia się, nie lęka. I Piłat jeszcze usiłuje wywrzeć presję, mówi w ten sposób: - „Czy nie wiesz, że mam władzę skazać Cię, albo uwolnić?” Jezus wtedy mówi: - „Nie miałbyś żadnej władzy, gdyby ci nie została dana z góry” i Piłat już wie, że to jest Człowiek wolny, Jego nie można zamknąć w pytaniach alternatywnych, który patrzy na wszystko z innej perspektywy i innego punktu widzenia. Od tej chwili chce go bronić, chce tylko Piłat ratować swój honor, oczywiście nie udaje mu się. I teraz właśnie: jak ja postępuję? Czy w takich sytuacjach jestem w stanie przyjąć tą szeroką perspektywę, bo naprawdę to jest jedyna możliwość, żeby zachować w sobie i w moim przeciwniku czy w drugim człowieku, który jest moim przyjacielem, a z którym popadłem w spór, żeby zachować godność Dziecka Bożego.





XXVIII Niedziela Zwykła
(Iz 25,6-10a) Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody
(Mt 22,1-14) - Przypowieść o uczcie królewskiej
"Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść."



nagranie z 13 października 2002r.

Słowo ”uczta” „trąci myszką” - taką staroświeckością - chociaż w naszym języku zachowały się pewne zwroty, które funkcjonują nadal, mianowicie jeżeli słyszymy jakiś wspaniały koncert mówimy, że „uczta dla uszu”, jeżeli widzimy zapierające dech pejzaże albo obrazy, mówimy, że jest to „uczta dla oka”. Dzisiaj mamy dwa czytania, jedno ze Starego, drugie z Nowego Testamentu, które właśnie mówią o uczcie.
Pierwsze z księgi proroka Izajasza opowiada o uczcie mesjańskiej, która będzie miała miejsce przy końcu czasów, kiedy to Pan Bóg zaprosi nas wszystkich, nasyci i napoi te skołatane ludzkie serca. I zrobi jeszcze jedną bardzo ważną rzecz, mianowicie zedrze zasłonę, która była na naszych oczach. I może skupmy się przez chwilę na tej zasłonie, bo ucztę oczywiście należałoby rozumieć metaforycznie, to znaczy tą Ucztą będzie sam Pan Bóg , On będzie tym winem, które nas upoi, ale nie w taki sposób, jak upaja wino tego świata. Cóż to jest ta zasłona? Otóż zwróćmy uwagę, że wokół nas istnieją światy, z których rzadko zdajemy sobie sprawę. Weźmy na przykład dźwięk, ucho ludzkie odbiera tylko pewien zakres od 10 do 17 tysięcy herców, a wokół tego są jeszcze dźwięki, które nie są przez nas słyszalne, co nie znaczy że ich nie ma. Dokładnie to samo jest z barwami. Istnieje mnóstwo takich światów wokół nas, z których na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. Do czego zmierzam? Ten Boży świat często istnieje w naszym życiu właśnie w taki sposób, nie za bardzo zdajemy sobie z niego sprawę a mimo wszystko On jest! Co zrobić, żeby Go usłyszeć, żeby Go zobaczyć? Myślę, że trzeba zrobić miejsce w swoim wnętrzu, trochę się wyciszyć, dać się zaprosić na tą ucztę, na którą Pan Bóg nas dzisiaj zaprasza, bo ta Eucharystia jest ucztą. Zwróćmy uwagę, że może trochę w dzisiejszym świecie zapomnieliśmy o czymś takim jak spotkanie z przyjaciółmi, przy dobrym jedzeniu, kiedy mówimy o ważnych sprawach, o mniej ważnych, czasem o banalnych i jest to wielka przyjemność, niewątpliwie. I Bóg tak samo zaprasza nas na ucztę. Co więcej, w Ewangelii jest taki minorowy ton tej uczty, mianowicie obserwujemy taką sytuację, że Pan Bóg zaprasza, a ludzie tego nie słyszą, my tego nie słyszymy, odrzucamy to zaproszenie i dokąd się udajemy? Jeden na pole, drugi do swojego kupiectwa ... przecież to - wypisz wymaluj - obraz dzisiejszego świata. Dzisiejszego świata, gdzie wszyscy gonimy za różnymi pragnieniami i jakoś jesteśmy głusi na to wezwanie Pana Boga. Moim zdaniem na deskach teatru współczesnego świata rozgrywają się równolegle dwie uczty. Jedną jest ta Boża uczta, w której Bóg daje samego siebie, w której także człowiek jest w stanie dobrowolnie poświęcić samego siebie dla drugiego człowieka, w przyjaźni, w miłości, w dobroci, służąc sobą, dając siebie – w przenośni niejako - na pokarm dla bliźnich, dla tych których kochamy. I rozgrywa się jeszcze jedna uczta, powiedziałbym, że jest to uczta kanibali, w której jeden człowiek pożera drugiego człowieka. Ludzie rzucają się na siebie usiłując wyrwać sobie kawałek, kęs jedzenia, kęs biznesu i tak dalej. Wszyscy jesteśmy również świadkami tej uczty. Powiedziałbym, że w ostatecznym rozrachunku, albo będę ucztował na uczcie Boga, albo będę częścią tej uczty kanibali. Tak się kończy dzisiejsza Ewangelia, w momencie, kiedy król wchodzi i widzi tam człowieka, który nie ma szat weselnych - a nie są to zewnętrzne szaty, jest to wewnętrzna dyspozycja, pragnienie, niezaspokojone pragnienie Boga, które jest w moim sercu, a które ja mogę zagłuszyć - wyrzuca tego człowieka. A na zewnątrz jest tylko ta uczta kanibali, płacz i zgrzytanie zębów, ciemności. I pytanie, które mi stawia dzisiaj Pan Bóg jest bardzo proste: - W której uczcie rozgrywa się moje życie, jak ja żyję? A może usiłuję w pogański sposób pogodzić te dwie sprawy, jednocześnie ucztować będąc zaproszonym przez Pana Boga, a z drugiej strony uczestniczyć w tym w ”wyścigu szczurów”, w którym jakoś współczesny świat jest zanurzony. W czym ja uczestniczę? To jest bardzo poważne pytanie z jeszcze poważniejszymi konsekwencjami.
Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na jeden motyw, mianowicie na sługi, które wysłał ów Pan, żeby zapraszali ludzi na tą ucztę, ucztę dobroci, ucztę przyjaźni, ucztę miłości. Mianowicie jedni zostali zlekceważeni, inni pozabijani. Dzisiejszy dzień jest Dniem Papieskim i sądzę, że Papież jest właśnie takim sługą, który nieustannie zaprasza nas na ucztę Pana Boga. Mało tego, Papież, który - w pewnym sensie metaforycznym - sam dał swoje życie dla nas, dla nas wszystkich. Nie jest to miejsce ani czas, żeby jakoś analizować naukę papieską, każdy sam musi siąść i przeczytać to, co Papież ma nam do powiedzenia, ale jednocześnie chciałbym, żebyśmy zwrócili uwagę na Niego jako na świadka, na tego, który zaprasza. I moim zdaniem, im bardziej jest słabszy, im bardziej zdrowie odmawia mu posłuszeństwa, tym dla mnie osobiście jest on wielkim Świadkiem. ”Moc w słabości się doskonali” - niejako opada ta zasłona, zasłona cielesności, zasłona, która odchodzi razem ze słabością ludzkiego ciała, a zostaje tylko Światło. W tym drżącym ludzkim ciele jest niesamowicie dużo Światła, czy my to widzimy? Czy jesteśmy głusi? Myślę, że warto by przy okazji tego Dnia Papieskiego zadać sobie to pytanie.





XXVII Niedziela Zwykła
(Mt 21,33-43) - Przypowieść o zbuntowanych dzierżawcach winnicy
"Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się kamieniem węgielnym."



Początku homilii niestety brak, ale Padre mówił o tworzeniu przez nas nowych praw, a następnie o jakimś znanym naukowcu, który odkrył nowe prawo fizyki i któremu gratulowano. Dalszy ciąg już jest poniżej:

On powiedział: „człowieku, ja go nie wymyśliłem, ja go odkryłem. Ono już było, a ja mu nadałem tylko formułę matematyczną”. I trochę tak jest też z prawami Bożymi złożonymi w naszym sercu, a my niestety, jakbyśmy się uparli, żeby odkrywać nowe prawa. Przedziwny mechanizm obserwujemy, mianowicie to, co kiedyś zajmowało naszych dziadów i pradziadów, w czym widzieli problem, w czym spierali się, to my uważamy, że nas już nie dotyczy, że to są minione przebrzmiałe sprawy, że oni włos na czworo rozdzielali. Dzisiejsza młoda dziewczyna szczyci się tym, że ma takie poglądy, że gdyby jej prababka to zobaczyła, czy usłyszała, to by się przewróciła w grobie. Myślę, że to świadczy o tym, że ta dziewczyna jest o wiele mniej wrażliwa niż jej prababka, która dostrzegała pewne problemy. Można by powiedzieć, że ona w stosunku do swojej prababki jest moralną paralityczką. I tak jest niestety z prawami moralnymi, z prawami Ewangelii, że my bardzo często tworzymy coś nowego i wydaje nam się, że to stare przebrzmiało... Nic podobnego! To my jesteśmy ślepi, to my jesteśmy daltonistami duchowymi. To tak jakby człowiek, który ma ostry wzrok i dokładnie odróżnia błękit nieba od zieleni drzew, stawał do konkurencji z daltonistą, dla którego to są tylko odcienie szarości. I my bardzo często jesteśmy takimi daltonistami i mało tego, jeszcze się z tego szczycimy. Tworzymy takie prawa, które są wbrew Ewangelii. To my mamy duchowy paraliż. Ciekawe zdanie wypowiedział jeden z wielki myślicieli chrześcijańskich Chesterton. Powiedział w ten sposób: „Być może, że Raj to jest tu i teraz ... tylko my jesteśmy ślepi!” Wywrotowe stwierdzenie, ale które wcale się nie kłóci z Pismem Świętym i z Ewangelią. Być może, tworząc nowe prawa, które idą wbrew Ewangelii, tak oślepliśmy, że nie widzimy tej winnicy Pańskiej, w której sami jesteśmy sadzonkami. I niestety bardzo często jest tak, że te sprawy, które nurtowały i miały znaczenie dla naszych dziadów i pradziadów, dla nas już nic nie znaczą, ponieważ my jesteśmy tacy nowocześni. I znowu zacytuję Chestertona, z tym, że jest to mocne zdanie. Mówi o tym, że „współcześni ludzie szczycą się swoją demokracją i tolerancją... ale są to tolerancyjni buracy”. Tak mocno powiedział! I warto by zaglądnąć w swoje serce, czy czasem ja nie tworzę nowych praw, bo jak mówi dzisiejsza przypowieść Jezus jest kamieniem węgielnym. Jeżeli Go odrzucimy, On sobie zbuduje nowy naród, tak jak kiedyś uczynił z Izraelem. Straszne, ale może dotyczyć także każdego z nas. Każdego z nas, który co tydzień przystępuje do Komunii Świętej, a jednocześnie zabija proroków i tworzy swoje własne prawa.





XXVI Niedziela Zwykła
(Mt 21,28-32) - Przypowieść o dwóch synach posłanych do winnicy



Dzisiejsza Ewangelia jest o fałszywej bezgrzeszności. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, każda Msza święta zaczyna się wyznaniem swoich grzechów. Można by ją skomentować słowami Filareta, który mówi w ten sposób: zasadnicza sprawa w naszym życiu to rzeczy, które widać - ale są nieprawdziwe - a przykrywają one grzechy, których nie widać a te z kolei są prawdziwe”. I tak było z tymi dwoma synami. Dużo perykop ewangelicznych porusza właśnie tą sprawę. Przypowieść o celniku i faryzeuszu, którzy modlili się, przypowieść o synu marnotrawnym i jego bracie - to są właśnie te przypowieści, które opowiadają o ludziach, którzy zbyt łatwo mówią: „TAK!” Apokalipsa mówi: „bodaj byś był zimny, albo gorący, ale nigdy letni!” Ten syn, który mówi „TAK!”, a tak naprawdę nic nie robi, jest właśnie synem letnim, któremu na niczym nie zależy, który w pewnym sensie wykreował swoje oblicze bezgrzesznego człowieka i w to uwierzył. To grozi każdemu z nas. Sądzę, że każdy z nas ma w swoim życiu takie fragmenty, które właśnie dokładnie o tym mówią - o bezgrzeszności fałszywej. I dzisiaj Jezus chce zedrzeć tę maskę z naszych twarzy i powiedzieć nam, nie dlatego, żeby wprowadzić nas w głęboki dołek, tylko po to żebyśmy poznali prawdę o samym sobie, bo inaczej ludzie będą udawali przed sobą i przed innymi, będziemy się wzruszali naszą wspaniałą bezgrzesznością. To jest tak, jak czasem człowiek ogląda fragmenty, pokazujące dzieci w głodującej Afryce - jakiegoś dzieciaka, po którym łazi mucha, ma wydęty brzuszek - i tak się tym wzruszył, ... że wzruszył się swoim wzruszeniem! A obok są ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy i jakoś tego nie dostrzegamy. Niestety, nasze życie obfituje w takie fragmenty - zajmujemy się sprawami, co do których nic nie potrafimy zrobić, ale te, w których moglibyśmy coś zrobić, które wchodzą w obręb naszej odpowiedzialności, leża odłogiem! Leżą odłogiem, bo to wymaga wysiłku, a nie tylko powiedzenia „TAK!” ... i nic nie robienia. Jezus mówi, że o wiele lepszy jest ten buntownik, który najpierw powie „NIE!”, a później rzeczywiście idzie i pracuje w winnicy. Tą winnicą jest cały świat, jest drugi człowiek, jestem ja sam również. Jeśli jesteśmy jak ci ludzie, którzy mówią „TAK” i nic nie czynią, to jesteśmy jak ci, których ktoś dosadnie, ale trafnie określił - jednonodzy teoretycy trójskoku.





XXV Niedziela Zwykła
(Flp 1,20c-24.27a) - Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele - to bardziej dla was konieczne.
(Mt 20,1-16a) ... lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami...



Myślę, że do dzisiejszej Ewangelii można by zastosować dwa klucze. Jeden z nich znajduje się w przed chwilą słyszanym przez nas tekście z proroka Izajasza, a brzmi on w ten sposób: „bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami -mówi Pan”. Można by powiedzieć tak, że Pan Bóg chce nam powiedzieć przez tą przypowieść, że Jego logika, logika Królestwa Niebieskiego, różni się od naszej wyrachowanej ziemskiej logiki. I drugi klucz, mianowicie zdanie, które wypowiedział Voltaire. Powiedział w ten sposób, że ”Pan Bóg uczynił człowieka na swój obraz i podobieństwo, a człowiek odpłacił Bogu tym samym”, czyli uczynił Boga na swój obraz i podobieństwo, na miarę swoich pragnień, swoich spodziewań itd.
A teraz przypowieść, przypowieść, która jest bulwersująca. Jeżeli nas niedostatecznie zbulwersowała podczas czytania, to wyobraźmy sobie, że to my jesteśmy tymi robotnikami, którzy harowali przez cały dzień i dostali dokładnie tyle samo, co ci, którzy pracowali przez jedną godzinę i to wieczorną, kiedy nie było spiekoty dnia. Czy nasze poczucie sprawiedliwości nie doznało by uszczerbku? Czy nie bylibyśmy wściekli na tego pana? Tą Ewangelię należałoby chyba umieścić w szerszym kontekście, mianowicie gdybyśmy przeczytali cały rozdział wcześniejszy, to okazałoby się, że jest tam pokazane spotkanie Pana Jezusa z takim bardzo bogatym człowiekiem, który chciał Go naśladować. Mówi, że wypełnia przykazania, że od dzieciństwa jest wierny Panu Bogu, a Jezus patrzy na niego z miłością i mówi: „jednego ci brakuje, idź sprzedaj wszystko, co masz i chodź za mną!” I on odszedł zasmucony. Apostołowie którzy byli świadkiem tego, byli także świadkiem komentarza Pana Jezusa, który powiedział: ”trudno jest bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego, łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne...” Wtedy święty Piotr występuje w imieniu wszystkich i mówi tak: „…Panie Boże, my opuściliśmy wszystko dla Ciebie, Panie Jezu, dla Królestwa Bożego... - co otrzymamy? ” On nic nie zrozumiał z tej lekcji. Nie zrozumiał, że tutaj nie chodzi o zapłatę, że z Panem Bogiem się nie negocjuje. I wtedy św. Piotr w odpowiedzi dostaje właśnie tą przypowieść Jezusową o robotnikach w winnicy, o tych ludziach, którzy byli - z naszego punktu widzenia - tak niesprawiedliwie wynagrodzeni. Cóż to jest sprawiedliwość? To jest to, że ja dostaję to, co mi się należy. Ale Jezus akcentuje tutaj dobroć, a dobroć daje tutaj według potrzeb. I tak też się stało w tej przypowieści. Zwróćmy uwagę, że ci robotnicy, którzy zostali najęci na początku - to zresztą był zwyczaj w Izraelu, ludzie którzy nie mieli stałej pracy i dysponowali tylko silnymi ramionami, stali na rynku i czekali aż ktoś ich wynajmie - wynajmowali ich ludzie za jednego denara. To była dniówka robotnika niewykwalifikowanego, jak byśmy dzisiaj powiedzieli. Ten jeden denar był im potrzebny oczywiście do utrzymania swojej rodziny i samego siebie. I ci ludzie, którzy byli najęci przez pana na początku negocjowali z nim, umówili się o jednego denara. Ale pan postępuje w sposób niezwykły, bo najmuje również robotników takich, którzy będą pracowali dwie, trzy albo nawet jedna godzinę. Cała rzecz polega na tym, że ci wynajęci na początku, oni prawdopodobnie się cieszyli tak, jak człowiek bezrobotny, który dostał pracę, a w perspektywie może się utrzymać przez następny dzień czy następny tydzień. Pracowali ciężko, to prawda, ale mieli pewną radość i satysfakcję że oto przyjdą do domu i dadzą pieniądze swojej rodzinie. Cóż więc zburzyło im tą satysfakcję? Jeden fakt, że ci co pracowali jedną godzinę dostali tyle samo! Przez cały dzień się cieszyli i jeden jedyny fakt! Zaglądnęli do cudzego ogródka i wzburzyli się, że ci którzy pracowali jedną godzinę dostali tyle samo. Zwróćmy uwagę, że ci najmowani później, oni nie negocjowali ceny. Oni zaufali temu panu, który wynagrodzi ich tak, jak będzie uznawał to za stosowne. I to jest chyba też postawa nasza, że my bardzo często spodziewamy się, że coś dostaniemy od Pana Boga. Powielamy pytanie świętego Piotra - „a my, którzy jesteśmy wierni przykazaniom, staramy się usilnie żyć uczciwie i tak dalej... czy my nie dostaniemy więcej” od tych, którzy łamią bezczelnie przykazania Boże? Jesteśmy zawiedzeni, że być może jest inaczej. A może tak naprawdę dojść do wniosku, że wszystko jest łaską Pana Boga, że od Jego hojności wszystko zależy? Bo zwróćmy uwagę, że to nasze pragnienie otrzymania nagrody powoduje niesamowitą ślepotę i zawiść w sercach, jeżeli spotkamy kogoś, kto w naszym mniemaniu został obdarzony o wiele większą nagrodą. Jakże często zazdrościmy ludziom tego, co mają - i to nie chodzi o rzeczy materialne, jakże często chcemy być kimś innym zupełnie - tymczasem Pan Bóg nie będzie mnie sądził z tego, że nie byłem jak Jan Kowalski, tylko że nie byłem sobą, że nie wziąłem swojego życia ze wszystkimi niedogodnościami, ze wszystkimi traumami i nie zrobiłem coś sensownego, tylko zaglądałem do ogródków innych ludzi i podziwiałem ich za umiejętności, za to co dostali, za to co mają it tak dalej. Nie bójmy się o to, że Pan Bóg nie będzie hojny w stosunku do nas, ale nie negocjujmy - jak buchalterzy - ceny.

Jakby kwintesencją i podsumowaniem jest to, co dzisiaj mówi święty Paweł. Jest to jakby jego modlitwa, że z dwóch stron doznaje nalegania, z jednej strony chce odejść do Pana Boga, a z drugiej wie, że jego nauczanie będzie pożyteczne. I tę rozterkę zostawia Panu Bogu, on nie negocjuje, nie wyobraża sobie jak mogłaby albo jak powinna wyglądać jego przyszłość. On po prostu zostawia to wszystko Panu Bogu i mówi: - zrób coś, Panie Boże, z tym. To, co wybierzesz, będzie najsensowniejsze. Gdybyśmy tak palcem po mapie pojechali i zobaczyli jakie podróże apostolskie święty Paweł przedsięwziął, to naprawdę zawrotu głowy można od tego dostać, a był to człowiek, który tęsknił za śmiercią, za jednością z Jezusem Chrystusem, ale mimo wszystko zostawiał do wyboru Panu Bogu, jak będzie hojny dla niego. Może nie negocjujmy, nie zaglądajmy do cudzych ogródków, nie zazdrośćmy innym ludziom, co spowoduje w nas ślepotę i nienawiść do innych i do samego siebie. Weźmy ten ciężki kamień naszego życia i zróbmy coś sensownego, zaprośmy Pana Boga do naszego życia. Zawsze porównywanie z innymi jest kalekie, ubogie i kaleczy nas i innych ludzi. Pan Bóg nas na pewno nie skrzywdzi, ale z drżeniem rąk nie patrzmy Mu przez ramię, czy zapisał wszystko dobro, które zrobiliśmy. On wie, co się nam należy i chce każdego z nas obdarzać Sobą.





XXIV Niedziela Zwykła - Święto Podwyższenia Krzyża świętego
(Lb 21,4b-9), (Flp 2,6-11), (J 3,13-17) Jezus powiedział do Nikodema: Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił - Syna Człowieczego. A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne



Podwyższenie Krzyża, pomimo, że w nazwie tego święta krzyż jest centralny, to okazuje się, że w czytaniach dzisiejszych nie zajmuje centralnego miejsca, nie mamy ani opisu męki Pana Jezusa, ani Jego nauki o tym, że każdy musi wziąć krzyż na ramiona. Jest on obecny jakby w tle i wydaje mi się, że to jest istota tej uroczystości, że Krzyż nie jest finałem. Jest pewnego rodzaju drogą do zbawienia i nie jest jedynym punktem, po którym już nastąpi zbawienie, tylko tutaj, w naszym życiu, On nam musi towarzyszyć nieustannie, abyśmy się kiedyś spotkali z Chrystusem.
Ale zacznijmy od analizy czytań, które rzucą światło na nasze życie. W Ewangelii mamy rozmowę Jezusa z Nikodemem, niestety jest tylko fragment tej rozmowy. Nikodem, dostojnik żydowski, Nicodemus, jego imię znaczy „lud zwycięski”, jest członkiem Sanhedrynu, szanowanym człowiekiem, starym rabinem, przychodzi do Jezusa nocą. Noc to jest pora rabinów, ponieważ noc, cisza, sprzyjały studiowaniu Pisma Świętego. Ale ta noc może symbolizować lęk. Lęk, że oto jeden z członków Sanhedrynu, podczas gdy pętla się zaciska wokół szyi Jezusa, sympatyzuje z Nim, przychodzi do Niego nocą i mówi do Jezusa w ten sposób: „Nauczycielu, wiem, że przyszedłeś od Boga, bo nikt inny nie mógłby takich czynów dokonywać!” .W pewnym sensie przychodzi z gotową tezą, sam doszedł do tego i oczekuje aprobaty, potwierdzenia tego, do czego doszedł. Tymczasem Jezus jakby zupełnie nie odpowiada mu na to pytanie i mówi w ten sposób: ”musimy się powtórnie narodzić”. Ewangelista używa tutaj takiego dwuznacznego przysłówka ανωΘεν (anothen) to znaczy: musimy się „powtórnie” narodzić albo narodzić się „z góry” (różne tłumaczenia są).
Nikodem, który tego nie rozumie, mówi w ten sposób: „ no jakże to, przecież ja, będąc stary, (z odrobiną ironii zresztą ) nie mogę wejść do łona matki”... I tutaj następuje właśnie ten fragment , który przed chwilą usłyszeliśmy o krzyżu: „jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak będzie wywyższony Syn Człowieczy”. Ciekawa jest dalsza historia Nikodema, a raczej proces dojrzewania do wiary, później Ewangelia notuje, że on jedyny sprzeciwił się, stanął naprzeciw Sanhedrynowi i bronił Jezusa. Został oczywiście zakrzyczany, a później wraz z innym członkiem Sanhedrynu, Józefem z Arymatei, przyniósł wonności żeby namaścić ciało Chrystusa. To było takie jednoznaczne opowiedzenie się, wszyscy apostołowie uciekli, on przyszedł, pomimo tego, że mógł się narazić na represje. Proces dojrzewania do wiary, który nieuchronnie prowadzi przez śmierć pewnych schematów.

W Księdze Liczb mamy taki dziwny opis o tym, jak to Żydzi są w drodze do krainy wolności, do domu wolności. Wyszli z domu niewoli, zaczynają szemrać i Pan Bóg zsyła na nich węże.
Cóż to są te węże?
Nie wiem dlaczego, ale skojarzyło mi się to, że życie duchowe ma trochę wspólnego z budownictwem. Mianowicie czasem jest taka sytuacja, że nie da się konserwować jakiegoś domu i trzeba go zburzyć. Konserwacja pochłonęłaby mnóstwo pieniędzy, a nawet gdybym się na nią zdecydował, to okazuje się, że tak bym się w nią zaangażował, że życie gdzieś by przeszło obok. Lepiej jest zburzyć, ale to nie jest takie łatwe. Kiedyś widziałem taką sytuację, olbrzymia maszyna z podwieszoną dużą kulą burzyła dom. I ja nie byłem wobec tego obojętny - wyobraziłem sobie człowieka, który mieszkał w tym domu. Przecież dom to nie tylko ściany, to są sentymenty, to są więzy ludzkie. Gdy ktoś patrzy na ruinę, nawet gdy na tym miejscu ma powstać coś nowego i dobrego, to niewątpliwie przeżywa ambiwalentne uczucia.
I teraz wróćmy do Izraelitów. Wyszli z domu niewoli, ale ta wolność okazała się nie taka, jak oni sobie to wyobrażali. Dopadły ich wspomnienia i to są takie węże, które nas zabijają, jeżeli nie zniszczymy czegoś, co trzeba zniszczyć. Oczywiście temu zawsze będą towarzyszyły pewnego rodzaju sentymenty i nigdy się pewnych więzów nie pozbędziemy, ale są dwie możliwości: albo zniszczę i zacznę budować, albo cały będę coraz gęściej otulany przez sentymenty, aż to zdławi moją energię do życia. Pamiętam, gdy mieszkałem na Śląsku Opolskim w Prudniku, jeździłem po okolicach pomagając różnym księżom, przedziwne zjawisko zaobserwowałem. Mianowicie, jedne wsie były bardzo zadbane, a obok sto, dwieście, trzysta metrów dalej, były kompletnie podupadające ruiny. Jak to się działo, że na tej jednej ziemi, jedni mieszkańcy potrafili sobie świetnie zorganizować życie, a inni nie? Dowiedziałem się, że te podupadające wsie to były wsie repatriantów ze wschodu, a te kwitnące - rdzennych mieszkańców tamtych terenów. Zobaczcie, co mogą zrobić sentymenty! Ci ludzie się nie angażowali, ponieważ nie żyli teraz w tej konkretnej rzeczywistości, nie zostawili ruin swojego domu, tylko gdzieś z dziada pradziada wieść szła, że może wrócą... I to ich tak paraliżowało, że wpadali w jakiś chocholi taniec, nie angażowali się zupełnie, nie potrafili wykorzystać tego, co mają, tylko żyli złudną nadzieją, że to powróci. Nie powróci! I może być coś takiego w naszym życiu duchowym. Jeżeli nie potrafimy zniszczyć pewnych więzów, które nas krępują, oddalają od pana Boga - i to nie będzie jednorazowe, to może być taki proces, jak w wypadku Nikodema - to niestety konserwacja tych więzów, które i tak się rwą, i tak do niczego nie doprowadzają, zajmie nam tyle energii, że zupełnie będziemy pozbawieni energii na życie prawdziwe. Krzyż przypomina nam o tym, że czasem potrzebne są nam radykalne cięcia i pomimo tego, że serce krwawi, to jednak jest to potrzebne. Oczywiście, nie wymażemy z pamięci swojej przeszłości, ale co innego jest wspomnienie, a co innego żyć wspomnieniem nieustannie, żyć takim mitem, który krepuje moje siły duchowe. O to chodzi w Krzyżu Chrystusa, żebym ja umiał się zdecydować. Nie ma powrotu do łona matki, jest narodzenie powtórne, ale takie, które burzy porządek, nieodwracalnie burzy.
Ten hymn z przed chwilą czytanego listu św. Pawła Apostoła do Filipian mówi o tym właśnie, że: „Jezus Chrystus istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie” Bóg miał pewien cel i potrafił poświęcić temu celowi wszystko.

Pytanie: - czy ja mam cel ? A jeżeli mam, to co jest moim celem? Jeżeli już mam sprecyzowany, to potrafię bezlitośnie burzyć pewne rzeczy, które są w stanie jak gąbka wchłonąć wszystkie moje siły i zniszczyć cel. To jest ważne pytanie dlatego, że bardzo często ludzie przez całe życie zajmują się konserwacją trupa, który nie zasługuje na to, żeby go podtrzymywać przy życiu.





XXIII Niedziela Zwykła
(Ez 33,7-9) Jeśli jednak ostrzegłeś występnego, by odstąpił od swojej drogi i zawrócił,
on jednak nie odstępuje od swojej drogi, to on umrze z własnej winy, ty zaś ocaliłeś swoją duszę.

(Rz 13,8-10) - Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością.
(Mt 18,15-20) - Gdy brat twój zgrzeszy [przeciw tobie], idź i upomnij go w cztery oczy...



Bracia nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością”. Dzisiejsze czytania mówią o pewnym aspekcie miłości bliźniego, mianowicie ten aspekt to odpowiedzialność, odpowiedzialność za drugiego człowieka. Jeżeli odwracamy się od swojej odpowiedzialności za bliźniego, to - według księgi Ezechiela -uśmiercamy zarówno bliźniego jak i samego siebie. Jezus wręcz nakazuje, abyśmy upominali. Ale sprawa nie jest taka łatwa, może na wstępie zastanówmy się nad słowem „odpowiedzialność”. Odpowiedzieć - odpowiada się na coś, na wezwanie, a więc ja muszę je najpierw usłyszeć. Skąd pochodzi to wezwanie? Ma dwa źródła: pierwsze to jest Pan Bóg, a drugie to jest człowiek, mój bliźni. Żeby usłyszeć to wezwanie ja muszę mieć wyczulony słuch, musi we mnie być coś takiego jak uważność. Uważność na drugiego człowieka i uważność na Pana Boga. A uważność - jeżeli skupiam na czymś uwagę, automatycznie odwracam oczy od samego siebie - a więc ona mnie leczy z mojego egoizmu. Żelazna logika jest w Piśmie Świętym, logika egzystencjalna, logika miłości. Cały ciąg prowadzi nas do tego, abyśmy się wyzuli z naszego egoizmu i on jest podstawą owocnego zwracania uwagi. I jeszcze jedna rzecz, modlitwa.

Jeżeli milczymy, jeżeli głos Pana Boga do nas nie dociera i to jest nasza wina, jeżeli głos bliźniego do nas nie dociera i to jest nasza wina, to wtedy ponosimy odpowiedzialność. A więc niezbędną rzeczą jest ten wyczulony słuch na drugiego człowieka. Żebym ja słyszał, to muszę współczuć. Muszę także znać samego siebie, nie mogę być tchórzem, muszę być odważny, bo zwracanie uwagi zakłada jednak odwagę, przezwyciężenie swojego egoizmu. Natomiast milczenie często jest tchórzostwem, bardzo często za odmienianym słowem tolerancja kryje się tylko i zwyczajnie ... nasza obojętność.

Ewangelia mówi nam o sposobie zwracania uwagi drugiemu człowiekowi, jeżeli ten zawinił przeciwko mnie. Mówi w ten sposób: „ idź i upomnij go w cztery oczy!” Bardzo trudne zadanie, my na ogół wolimy, żeby jeszcze piąte i szóste oko było obecne przy upominaniu drugiego człowieka... To wymaga naprawdę wyjścia z samego siebie, co więcej, wymaga także wsłuchania się w wezwanie Pana Boga. Ja muszę zweryfikować, czy jeżeli idę do drugiego człowieka zwrócić mu uwagę, czy to jest tylko i wyłącznie podrażnione moje ego? Czy też rzeczywiście zależy mi na dobru tego człowieka? Jezus mówi: jeżeli ciebie nie usłucha, weź bliźniego i idźcie we dwójkę, albo przedstaw sprawę Kościołowi. Ktoś może powiedzieć, że to przypomina denuncjowanie drugiego człowieka, ale zapominamy o tych kilku zdaniach na końcu Ewangelii. Jezus mówi tak: - jeśli dwaj albo trzej o coś modlić się będą, to uzyskają to! I teraz pytanie, czy ja, - jeżeli rodzi się we mnie chęć zwrócenia uwagi drugiemu człowiekowi - czy ja się za niego modlę? Co więcej, czy modlę się z moim bliźnim także, bo według słów Jezusa nieuchronnie uzyskam to, czego chcę, jeżeli naprawdę występuję w dobrej sprawie, jeżeli ona jest pozbawiona i odarta z czystego egoizmu. Ilu z nas, gdy chce zwrócić uwagę bliźniemu, to robi to właśnie dlatego, że zostało podrażnione ego, a ilu z nas modli się za tego człowieka, zanim zwróci uwagę? Teraz pytanie: - po co się modlić ? Dlatego żebym ja go ujrzał w szerszej perspektywie, nie tylko przez pryzmat winy w stosunku do mnie, ale żebym go ujrzał jako dziecko Boże, jako mojego brata. A kto jest moim bratem i kto jest moim bliźnim? Każdy, kto jest w orbicie mojego zainteresowania, kto jest w polu mojego widzenia. Ja noszę odpowiedzialność za drugiego człowieka w sobie. I co więcej, jeżeli podejmuję ten trud odpowiedzialności, to mnie wyrywa z samego siebie, przestaję się kręcić wokół własnej osi. Ktoś może powiedzieć: - no dobrze, ale jak to zrobić? Są takie piękne słowa Katona (Starszego), on mówi tak: Rem tene, verba sequentur. „Trzymaj się rzeczy, a słowa znajdą się same” czyli trzymaj się istoty rzeczy. Trzymaj się tego, że masz zwrócić uwagę nie poprzez swój pryzmat swojego egoizmu, tylko mając na względzie dobro tego człowieka, a słowa znajdą się same. Jest niestety taki pseudo-chrześcijański sposób zwracania uwagi, który powoduje wręcz odwrotne skutki. Być może każdy z nas doświadczył właśnie tego, że słowa słodko płynące, które brzmią jak romantyczna ballada, albo marny wiersz, a gdzieś pod tym buzuje wściekłość. Taka powierzchnia chrześcijańska, a wewnątrz widzę, że ten człowiek, który mówi do mnie, jest naprawdę niespokojny i najchętniej by wykrzyczał mi w twarz to, co chce mi powiedzieć. To do niczego nie doprowadzi. Jest mnóstwo takich rzeczy, które próbujemy, a nam nie wychodzą, może dlatego właśnie, że się nie modlimy, może dlatego, że sprawa między nami a naszym bliźnim nie jest zanurzona w modlitwie. To jest konieczne, to jest niezbędne, dlatego właśnie, że modlitwa powoduje, że ja kontaktuję się z samym sobą i z rzeczywistością. Widzę w zupełnie innej perspektywie, nie oceniam pochopnie, widzę szeroko drugiego człowieka i jego losy, jego skomplikowaną historię, albo mogę się domyślić. Czyli rezygnuję z tego egoistycznego podejścia do sprawy.

Zwracanie uwagi, nie bycie obojętnym, nie bycie tchórzem, jest sposobem, żeby pozbyć się chorego zainteresowania samym sobą, żeby ciągle nie palić cichych kadzidełek na ołtarzu swojej doskonałości. To niezmiernie ważne w życiu.





XXII Niedziela Zwykła
(Jr 20,7-9) (Mt 16,21-27) - Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie,
niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.


My też, jak święty Piotr, produkujemy szczęście na swoją własną ludzką miarę i bardzo często jest tak jak z młodszym synem z przypowieści o synu marnotrawnym. Wydawało się, że wszystko idzie dobrze, zabrał swój majątek i łapał życie otwartymi ustami i czerpał pełnymi garściami. A tymczasem, kiedy tak się wszystko układało, on nie żył, był trupem. Tragedia człowieka polega na tym, że wydaje mu się, że żyje, a jest nieboszczykiem. I dopiero wtedy, gdy ten proces umierania, degradacji wewnętrznej osiągnie pewien pułap, dopiero wtedy zdobywam świadomość tego. Nagle okazuje się, że nic nie jest w stanie zapewnić mi bezpieczeństwa, że jestem słabym człowiekiem. To dochodzi do mnie w sposób gwałtowny, rozbija całe moje życie. Co to jest człowieczeństwo? Na jaką miarę Chrystus chce nas skroić? Bycie człowiekiem to jest głęboka świadomość tego, że jestem śmiertelny, że nie mogę zapewnić sobie nieśmiertelności, nie mogę sam siebie zbawić. I stąd to dzisiejsze stwierdzenie Pana Jezusa, ze każdy musi wziąć swój krzyż. Cierpienie jest takim narzędziem, które wyrywa nas z tego, ze jesteśmy bogami i potrafimy sami sobie zapewnić bezpieczeństwo i sami siebie zbawić.

Nie należy się bać, gdy przyjdą na nas trudne terminy, trudne czasy, gdy wszystko się rozsypuje, ponieważ bardzo często w ten sposób działa Pan Bóg. On nie chce nas wpędzić w depresję, pognębić i wdeptać w ziemię, tylko chce abyśmy NAPRAWDĘ byli nowym stworzeniem, a inne drogi do tego nie ma jak poprzez krzyż i cierpienie.

Mam do wyboru: albo produkcję szczęścia na własną modłę, bezpieczeństwa, które wcześniej czy później skończy się fiaskiem, albo wzięcie swojego krzyża i pójście za Jezusem, umiejętność tracenia, które tak naprawdę jest zyskiem na życie wieczne.








XXI niedziela zwykła
(Mt 16,13-20) -Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? ....A wy za kogo Mnie uważacie?

Homilia filmowa :)

 





15 sierpnia - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
(Łk 1,39-56)- W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do
pewnego miasta w pokoleniu Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.


Jeżeli człowiek coś bardzo głębokiego przeżywa, jakiś cud w swoim życiu, to pragnie się podzielić tym cudem, ale nie z byle kim. On musi się podzielić z człowiekiem, który też cudu doświadcza, bo tylko tacy ludzie potrafią się nawzajem porozumieć. I Maryja wybrała Elżbietę, Jej krewną.
Był też inny motyw pójścia Maryi przez góry – a droga trwała trzy, cztery dni – do Elżbiety. Ta kobieta w podeszłym wieku była w stanie błogosławionym i Maryja czuła się w obowiązku pójścia i niesienia jej pomocy. I jeszcze inna sprawa, mianowicie, ten wysłannik, który zwiastował Jej, że Jej ciało będzie pierwszym sanktuarium Boga na ziemi, powiedział, że „oto Twoja krewna Elżbieta jest w szóstym miesiącu, ta która uważana jest za niepłodną”. Był to pewien znak i Maryja chciała sprawdzić ten znak. W znaki się nie wierzy, znaki się ogląda. I dlatego wyruszyła, wstała i poszła. Idąc przez góry pewnie układała sobie scenariusz spotkania z Elżbietą. Co Ona jej powie? Czy Elżbieta zdoła objąć tę tajemnicę, która dotknęła Maryję? I wcale nie musiała niczego tłumaczyć, Elżbieta dokładnie wiedziała, natchniona Duchem Świętym i wypowiedziała słowa, które ją kompletnie przekraczały: „ A skądże mi to, że Matka Pana mojego przychodzi do mnie?”

To są chyba najcudowniejsze chwile, kiedy spotykam się z drugim człowiekiem, niosę w sobie tajemnicę i on o tym wie. Ja nie muszę mu nic tłumaczyć przy pomocy ułomnych słów. On nadaje dokładnie na tej samej fali, na której ja nadaję. To jest głębia przyjaźni, ale pod warunkiem, że ja niosę w sobie tajemnicę. I każdy z nas, niezależnie czy sobie to uświadamia, czy nie, niesie taką Tajemnicę w sobie. Tą najgłębszą Tajemnicą jest Pan Bóg. Pytanie do mnie: skoro ja również niosę Boga w swoim sercu, w jakie rejony ja Go niosę? Czy czasem nie jest tak – można by powiedzieć antropomorfizując - że sam Pan Bóg w moim wnętrzu jest zaskoczony, gdzie ja Go zaniosłem?
W jakie rejony życia?
Spotkanie między dwojgiem ludzi jest cudem i myślę, że każdy kto odczuwa w sobie taką głębię tajemnicy, może się w ten sposób spotkać z drugim człowiekiem. Inaczej każde nasze spotkanie będzie skarlałe, będzie nas tylko „dołowało”, będzie nas wbijało w glebę. Ja muszę nieść ze sobą Chrystusa drugiemu człowiekowi, możemy się spotkać prawdziwie tylko w takiej przestrzeni. To nam mówi dzisiejsza Ewangelia.
Warto zapytać samego siebie, czy ja: po pierwsze, czuję że jestem nosicielem wielkiej Tajemnicy, która mnie przekracza? I po drugie: czy czuję się także zobligowany, żeby dzielić się tym z drugim człowiekiem? Bo to ważne, inaczej będziemy się w naszym życiu ślizgali tylko po powierzchni.








XVIII Niedziela Zwykła
(Mt 14,13-21)- Rozmnożenie chleba

Eucharystia jest takim pokarmem, przez który wstępuję do Królestwa Niebieskiego, już tu i teraz. Dlatego, że Eucharystia wyraża jedną rzecz: Chrystusa, który ofiarował samego siebie kompletnie nic dla siebie nie zostawiając. I zostało mu to wszystko zwrócone, dokładnie tak samo jak w tym cudzie rozmnożenia chleba. Jezus te kilka chlebów i parę rybek rozmnaża i wszystko rozdaje, ale to wszystko do Niego powraca w postaci resztek, które zajmują o wiele więcej niż ten dar, który został spożytkowany. W naszym życiu duchowym jest tak, że jeżeli ja się zdecyduję na całość, zaryzykuję, to to do mnie wróci z olbrzymim nadmiarem.








XVII niedziela zwykła
(Mt 13,44-52) Przypowieść o skarbie, o perle i o sieci

Ta dzisiejsza Ewangelia może być myląca, dlatego że opisuje jednorazową sytuację, kiedy to ktoś znalazł skarb, albo znalazł perłę, poświęcił wszystko po to, żeby nabyć tę perłę i żeby nabyć tę rolę - oczywiście chodzi tutaj o Królestwo Boże. Natomiast w życiu normalnym, które jest procesem, takie sytuacje nieustannie się następują jedna po drugiej. W każdej sytuacji ja mam wybierać właśnie to, co już wybrałem na początku. Po szeregu takich wyborów okazuje się, że to ja zostałem wybrany, a nie ja wybierałem. Ale ważne jest to, żeby pamiętać o tym, że nieustannie każda sytuacja stawia mnie przed pewnego rodzaju egzaminem, co ja wybiorę. I nieraz naprawdę trzeba heroizmu, żeby poświęcić coś dla Królestwa Niebieskiego, coś dla nadziei, coś dla czegoś, co będziemy kiedyś posiadali po śmierci, a teraz posiadamy tylko w wierze. Tak jak to pięknie w niedoścignionym zdaniu powiedział Jerzy Liebert: ”Uczyniwszy na wieku wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Każda sytuacja stawia mnie przed nowym wyborem: albo wybiorę ten skarb, który już na początku wybrałem, albo będę zaprzeczał swoim wyborom. Bardzo często jeżeli wielokrotnie zaprzeczamy, to w konsekwencji okazuje się, że niestety stoimy z pustymi rękami i wydawało nam się tylko, że skarb znaleźliśmy i nabyliśmy, a tak naprawdę rozpłynął nam się w rękach. Warto pamiętać, że każda sytuacja w życiu, każdy człowiek napotkany, stawia nas przed wyborem. Co ja wybiorę? Co jest dla mnie ważniejsze? Czy Królestwo Niebieskie? Czy jakieś moje małe satysfakcje, czy wielkie pragnienia i potrzeby?

Dla odmiany Padre przemówi ""kameralnie"":

 





XVI Niedziela Zwykła
Mt 13,24-43- Przypowieść o chwaście w pszenicy,
przypowieść o ziarnku gorczycy,
przypowieść o zaczynie mąki.





Lolium temulentum – tak się nazywa ten chwast z przypowieści o pszenicy i chwaście. Jest on łudząco podobny do pszenicy w pierwszej fazie wzrostu, a jego ziarna są trujące dla człowieka. Dopiero w ostatniej fazie pszenica wystrzeliwuje w górę ponad ów chwast.
Niestety ta przypowieść drażni nas. Drażni nas z trzech powodów.
Po pierwsze sugeruje, że rzeczy bezużyteczne, które są niszczące, mogą mieć piękną formę, łudząco podobną do dobra.
Po drugie, że rzeczy, które się nam wydają dobre i pożyteczne w życiu mogą niestety być dla nas trujące.
I po trzecie, że z tej samej gleby wyrastają i jedne i drugie. Nie lubimy takich rzeczy, każdy z nas woli proste scenariusze, westernowe schematy, gdzie od początku wiadomo, kto jest dobry, a kto jest zły. Ten w czarnej skórze z blizną na twarzy, który nieustannie jest w nastroju nieprzysiadalnym, to jest Zły i taki on będzie do końca, a ten w białej koszuli, przystojny, to jest Dobry i on go na końcu zastrzeli.
Niestety w życiu jest inaczej, w życiu jest dokładnie tak jak w tej przypowieści. Bardzo trudno rozróżnić na pierwszy rzut oka dobro od zła i my bardzo często w takim gniewnym zapale niszczenia wszystkiego, co nam się wydaje złe, depczemy także dobro. Dlatego ten Pan z przypowieści mówi, żebyśmy się uzbroili w cierpliwość. Nie potrafimy być cierpliwi, nie potrafimy oczekiwać na owoc, chcielibyśmy od razu rozdawać etykiety. Z mojego doświadczenia życia, z doświadczenia rozmów z pokłóconymi ludźmi, a szczególnie z pokłóconymi małżonkami, wynika, że prawda nie jest wcale taka prosta. Jeżeli wysłucham jednej strony i wyrobię sobie jakiś obraz, te same fakty są zgoła inaczej interpretowane przez drugą stronę. I tak jest w każdej sytuacji w naszym życiu.

W apoftygmatach Ojców Pustyni jest taki dialog młodego adepta pustyni, mnicha, który przychodzi do starego ojca i pyta: „Ojcze, jak to się dzieje, że tak łatwo osądzam innych ludzi, że przypisuję im etykiety?” I on mu odpowiada jednym zdaniem: „Bo jeszcze nie poznałeś samego siebie!” Gdy zacznę wnikać w motywy moich działań i zobaczę, jak często są one pokrętne i jak po latach wychodzi, że piękne i czyste czyny – tak przynajmniej mi się wydawało – wcale nie są takie piękne i czyste, to inaczej patrzę na błędy drugiego człowieka.
A co zrobić z tą energią – spyta ktoś – która wrze we mnie, gdy widzę, że wokół jest zło (bo tak oceniam)? Myślę, że jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, to skierować ją na samego siebie, pamiętając o tym, że nie wiem o wszystkim, że życie drugiego człowieka jest dla mnie często nieprzeniknione, co więcej, ja sam nie potrafię przeniknąć mojego życia. Często się zdarza tak, że człowiek odchodzi z tego świata i jest sam dla siebie zagadką. Nie wie, czy owocem jego życia są dobre ziarna pszenicy, które można zmielić w chleb pożywny, czy też trujące ziarna chwastu? I może w tym momencie warto by uczynić akt żalu? Tak jak ten łotr, który został wzięty przez Pana Jezusa do Nieba od razu, bez żadnej pokuty – jakie to jest gorszące dla dyżurnych autorytetów moralnych! Przynajmniej powinien mu „wlepić” jakiś Czyściec, żeby się opamiętał! A tutaj Chrystus, posiłkując się doskonałym aktem żalu tego człowieka, odpuszcza mu grzechy.
Życie nie jest takie schematyczne jak nam się wydaje. Dobro ma czasem pozór zła, a zło pozór dobra.

I jeszcze jedna myśl zawarta w dwóch przypowieściach, w jednej o ziarnie gorczycy i drugiej o zaczynie. Te przypowieści sugerują nam, że czasem z malutkich dobrych spraw wyrastają olbrzymie drzewa, które są schronieniem dla ptactwa i dla ludzi. Czasem małe, dobre słowo rzucone we właściwych okolicznościach tak drąży mózg drugiego człowieka, że rozkwitnie w nim Królestwo Niebieskie. A czasem wielkie i pompatyczne słowa są skazane na zapomnienie historii.
Warto przykładać wielką wagę do tych małych rzeczy, bo z nich się rodzą autentyczne wielkości.





XV Niedziela Zwykła
(Iz 55,10-11) Słowo, które wychodzi z ust Moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw
nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa.

(Mt 13,1-23)- Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je.
On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.










XIV Niedziela Zwykła
(Mt 11,25-30) - Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy
przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom.

- Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie (...). Albowiem jarzmo moje
jest słodkie, a moje brzemię lekkie.



Jezus mówi o prostaczkach, to wcale nie znaczy o prostakach. Można być naprawdę wysokiej klasy intelektualistą, a jednocześnie mieć w sobie takie „chodzenie w światłości” przed Panem Bogiem, można też być bardzo prostym człowiekiem i również to mieć, a można być wysokiej klasy intelektualistą i kompletnie nie mieć tego. Droga jest chyba bardzo prosta, gdy się o tym mówi i oczywiście trudna w realizacji, ale Jezus mówi w ten sposób: żebyśmy zrzucili z siebie te wszystkie jarzma, które nakładają nam inni ludzie i które my sami nakładamy sobie i pod ciężarami których uginamy się - te wszystkie głupie konwenanse, te wyświechtane slogany, to czym się posługujemy na co dzień w relacji do drugiego człowieka, to udawanie, to uleganie modom i tak dalej i tak dalej - a wzięli na siebie Jego brzemię i jego ciężar, ciężar bycia dzieckiem Bożym w tym świecie. I wtedy następuje wyzwolenie wewnętrzne: ja niczego już nie muszę udawać, nie muszę grać w te gry. Po prostu płynie – jak to Jezus powiedział: „strumienie wody żywej popłyną z waszego wnętrza” i to wcale nie będzie moja zasługa. A jednocześnie będzie w tym wszystkim radość z odnalezienia harmonii w sobie i wtedy gdziekolwiek nie pójdę - nawet do świata, który nieustannie udaje kogoś innego niż jest - to właśnie to dziecięctwo Boże, to, że dźwigam na sobie brzemię Jego, a nie swoje, spowoduje, że będę mógł dotrzeć do każdego człowieka.



.





Uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła
(Mt 16,13-19) - A wy za kogo Mnie uważacie?



Wspaniały fragment Ewangelii, w którym każdy z nas powinien zadać sobie to pytanie: Za kogo my uważamy Jezusa Chrystusa? Fragment Ewangelii, w którym mamy odpowiedź, że Kościół nie jest instytucją wymyśloną przez ludzi, tylko Jezus mówi o sobie: Mój Kościół. I wreszcie Ewangelia, która mówi o prymacie papieża, Piotra i jego następców, a także o tym, że do końca w świecie będzie walka, bo Jezus mówi, że bramy Kościoła nie zostaną zmiażdżone przez Piekło. Wspaniały obraz, ale jednocześnie można by powiedzieć, że taki idylliczny. Gdybyśmy kawałek dalej przeczytali Ewangelię, bo oczywiście tutaj nie chodzi o to, że Ewangelia jest idylliczna, tylko ten fragment bez kontekstu. A jaki jeśli jest kontekst? Otóż nieco dalej w Ewangelii, dosłownie kilka linijek, jest następujący dialog między tymże samym świętym Piotrem, a Jezusem. Jezus informuje Apostołów, że idzie do Jerozolimy i tam poniesie śmierć męczeńską. I wtedy święty Piotr, prawdopodobnie ośmielony tym, co mu Pan Jezus powiedział konfidencjonalnie, mówi: „Panie, niech Cię Bóg broni, nigdy to na Ciebie nie przyjdzie”. A Jezus odsuwa go i mówi: „Zejdź mi z oczu szatanie, bo jesteś dla mnie zawadą. Nie myślisz po Bożemu, tylko myślisz według kategorii ludzkich”. I warto te dwa obrazy mieć w pamięci. Dlaczego? Dlatego, że one obrazują naszą wiarę. To znaczy nasza wiara musi być dynamiczna, musi być nieustannie konfrontowana z rzeczywistością i Ewangelią. Jeżeli tak nie będzie, to będzie w niej stagnacja. To w zasadzie będziemy sobie produkowali obraz Pana Boga i Kościoła rodem z klasy w szkole podstawowej, to co nam ksiądz kiedyś mówił. Przypomina to taką sytuację – i teraz przepraszam za ten karykaturalny nieco obraz - starego, w cudzysłowu „dobrego małżeństwa”, gdzie ludzie się już dokładnie poznali, wypracowali sobie modus vivendi, wiedzą na jakie tereny lepiej nie wkraczać, zajmują się tylko sprawami n-rzędnymi i w ogóle jest spokój. Życie toczy się swoim torem. Nikt nie wkracza na tematy drażliwe. Taki spokój – przepraszam za wyrażenie – rodzinnego grobowca. Tam się nic nie dzieje, od czasu do czasu to życie jest wstrząsane awanturą o niedomkniętą klapę pewnego urządzenia w łazience, po czym wszystko na swoje własne tory powraca. Dlaczego to w taki karykaturalny sposób przedstawiam? Bo często nasza wiara wygląda właśnie w ten sposób. Nie ma w niej pytań. Podaję się pewnego rodzaju rytmowi: niedziela to do kościoła, pacierz to parę słów, jakieś „Ojcze nasz” bezmyślnie, „Zdrowaś Mario” i tak idę w to życie i to wszystko się toczy utartymi schematami. Natomiast zwróćmy uwagę, że w Ewangelii Jezus nie szczędzi trudnych słów Piotrowi, bo tylko w ten sposób jest w stanie rozbić schematy, które „obowiązują” w naszej wierze. I bardzo często, jeżeli już narzekamy, to że ksiądz nudzi, że ktoś fałszuje w kościele, że Msza za długa, albo dla niektórych za krótka. A rzeczy istotne gdzieś nam przepływają przez palce! Dokładnie tak samo, jak w tym „starym dobrym małżeństwie”. Tam nie ma już rzeczy ważnych, jest śmierć, jest nuda, z każdego kąta ona wyziera. I to samo może być z moja wiarą. Są takie rzeczy w naszym życiu, które, jeśli nałożymy na nie schemat, to niestety one kostnieją. Czasem wydarzenia w naszym życiu, które napotykamy są dobre, prowokują nas - mimo że nas kaleczą - do pewnego rodzaju przemyśleń z powrotem swojej wiary, przemyślenia swojej sytuacji, żebyśmy nie zastygli w schematach naszej wiary. Bo często jesteśmy podobni do takiej postaci z powieści Stendhala, rolnika Fabricio, który stoi na polu buraków przy swoim koniu, patrzy w niebo, różne schematy rozważa i nawet nie zauważył, ...że przez to pole przetoczyła się bitwa pod Waterloo. Tak samo jest często z naszą wiarą, schematyzm, utarte ścieżki. Tymczasem Pan Bóg chce nam powiedzieć jak Piotrowi: „Zejdź mi z oczu szatanie”. Nie ma pokoju na tym świecie, Jezus mówi wyraźnie, że przyszedł przynieść nie pokój, ale miecz. Ogień przyszedł rzucić na ziemię i jakże pragnie, żeby on zapłonął.
Zastanówmy się: kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Czy ta postać mnie jeszcze porusza, czy mam już pewien utarty schemat i jest to taki element w moim życiu, który ani mi przeszkadza, może czasem inspiruje, lekko się Go może przestraszę, ale w gruncie rzeczy ma swoje miejsce, a życie płynie własnym torem?
Mam jeszcze w oczach obraz papieża, tego starego człowieka z drżącym głosem, któremu jeszcze się chce walczyć. On naprawdę walczy, rozbija wszelkie schematy. Ten człowiek jest nieustannie atakowany. Nikt by mu prawdopodobnie nie miał za złe, gdyby zrezygnował, a prasa by go bardzo pochwaliła, że oto rozsądny, wspaniały czyn mądrego człowieka, który wie kiedy odejść. Natomiast on dostał misję. I każdy z nas ma taką misję. Tylko pytanie: Kim jest dla mnie Jezus Chrystus? Jak ja walczę w tym życiu, może odpuściłem sobie i szarpię się o drugorzędne sprawy, natomiast rzeczy istotne leżą odłogiem?

„Za kogo Mnie uważacie?”

.





XII Niedziela Zwykła
(Jr 20,10-13), (Mt 10,26-33) U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone.
Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.



W dzisiejszych czytaniach z jednej strony lęk i trwoga, – o której mówi Jeremiasz - które są doświadczeniem każdego człowieka, a z drugiej strony Jezus, który mówi: „Nie lękajcie się, bo wszystkie włosy na waszej głowie są policzone!” Strasznie trudna jest wiara w Opatrzność Bożą. Co powiedzieć tym ludziom, których włosy były wprawdzie policzone, ale w swojej strasznej fantazji niektórzy wypychali tymi włosami materace, to przecież działo się tak niedawno. Co powiedzieć tym ludziom, którzy są zdruzgotani cierpieniem, odejściem drugiego człowieka, są zdruzgotani tym, że ich modlitwa nie została wysłuchana? Co powiedzieć człowiekowi, który nie wie, czy następny miesiąc nie będzie musiał głodować, ponieważ już wszystko poszło na czynsz? A Jezus mówi: Nie troszczcie się o to, co będziecie jeść i pić.
To są pytania, na które w tym życiu, jeżeli zacieśnimy się tylko do naszych logicznych rozważań, nie znajdziemy nigdzie odpowiedzi. Jedyną odpowiedzią jest życie Jezusa Chrystusa i tutaj trzeba szukać odpowiedzi, a nie da się jej znaleźć inaczej niż na kolanach, karmiąc się Jego Ciałem i zupełnie na serio przyjmując te Jego słowa: Nie lękajcie się! Święty Paweł ujął to fantastycznie w Liście do Rzymian:
Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?
Utrapienie, ucisk czy prześladowanie,
Głód czy nagość,
Niebezpieczeństwo czy miecz?
I jestem pewien, że
Ani śmierć, ani życie,
Ani aniołowie, ani Zwierzchności,
Ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe,
Ani Potęgi,
Ani co wysokie, ani co głębokie,
Ani jakiekolwiek inne stworzenie
nie zdoła nas odłączyć od miłości Chrystusa.
Te wszystkie słowa, które wypowiedziałem nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, gdyby nasze życie zaczynałoby się i kończyło tylko w zakresie tych pięćdziesięciu, sześćdziesięciu czy nawet jedenastu, dwunastu lat. Ktoś porównał kiedyś nasze życie do tkaniny, na którą się patrzy od lewej strony. Widzimy tylko plątaninę nitek. Gdy przejdziemy na drugą stronę zobaczymy szlachetny, wspaniały wzór. Oczywiście można powiedzieć, że to łatwa pociecha, ale tak naprawdę nie ma innej. Jeżeli ja nie wierzę, że pod tajemnicami, często mrocznymi, mojego życia Pan Bóg tka dla mnie coś dobrego, to w takim razie nie ma o czym mówić. Lęk, strach jest takim wyostrzeniem naszej wiary i nie jest grzechem, jeżeli człowiek czasem nie widzi perspektyw, popada w rozpacz. Tylko zawsze wtedy musimy przywoływać Pana Jezusa. Proszę zwrócić uwagę, że Jezus, który mówił: „Nie bójcie się”, w Ogrodzie Oliwnym lękał się! Chrystusowi chodzi o to, aby nas strach nie zdominował. Nie zdołamy go usunąć, on będzie nieustannym towarzyszem naszego życia aż do końca, ale możemy go oswoić poprzez pamięć o tym, że nasze życie zaczyna się, ale się nie kończy. Powtarzajmy te słowa zawsze wtedy, kiedy przyjdą na nas takie terminy, że tylko ciemność jest dookoła. To, co mówi Jezus: Nie lękajcie się, nie trwóżcie się, nie bójcie się. .





Boże Ciało - Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
(Pwt 8,2-3.14b-16a) (J 6,51-58)



Ten radykalizm, z którym Jezus mówi o spożywaniu swojego Ciała - i dokładnie nic nie wyjaśnia, nie daje żadnego wyjaśnienia, mówi o konsumpcji, o zjadaniu – powoduje, że większość odchodzi. I to jest próba naszej wiary. Albo wierzymy, że Słowo stało się Ciałem i ja Je spożywam tutaj podczas Komunii, w wyniku czego Bóg ogarnia mnie sobą, albo będzie to dla mnie śmieszne, dziwne, jakaś dziwna mitologia i magia. Musimy odłożyć na bok nasz rozum i przyjąć to całym sercem, to co wyraził święty Piotr: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali”. Jeżeli odrzucamy Pana Boga, to jest tak, jak z każdym historycznym odrzuceniem. Im bardziej znika Sacrum ze świata, tym bardzie wszystko tym sacrum – z małej litery – może się stać. Rewolucja francuska odrzuciła Pana Boga i natychmiast bogiem stał się rozum, a jego najlepszym narzędziem gilotyna. Do czego doprowadza, jeżeli odrzucamy Pana Boga? Umysł staje się bogiem, albo potęga staje się bogiem, albo moja dominacja nad drugim człowiekiem.

Alternatywa jest taka: albo ja będę spożywał Ciało Syna Człowieczego, albo będziemy pożerali siebie nawzajem.




Uroczystość Trójcy Przenajświętszej
(J 3,16-18)

Co ten Pan Bóg tam „smaży” dla mnie w Niebie, co On mi gotuje? Czy szczęście, czy nieszczęście? Czy sukces czy porażkę? Czy tragedię? A może radość? - Jeżeli tego typu myśli mnie nurtują, to znaczy, że poważnie powinienem zweryfikować swoją wiarę w Boga Trójjedynego i Jego wszechmoc Miłości.

Nie możemy się roztopić całkowicie w drugim człowieku, musimy chronić jego i swoją autonomię, co wcale nie przekreśla naszej miłości. Gdy roztapiamy się w sobie, to nic nie możemy już sobie dać. Prawdziwa miłość zakłada także odrębność.

Miłość to jest zawsze radość i cierpienie i nie da się tego wyeliminować. I tak pozostanie do końca, do mojej śmierci. Każdy z nas pragnie Miłości, ale jednocześnie nie może jej zobaczyć. Nigdy Miłości nie zobaczymy tutaj na ziemi, dopiero wtedy, kiedy wejdziemy w obręb Trójcy Świętej tak bardzo dotykalnie i namacalnie poprzez bramę śmierci. Wtedy zobaczymy, że Miłość jest Osobą, jest Duchem Świętym.




Niedziela Zesłania Ducha Świętego
(Dz 2,1-11), (J 20,19-23)



Duch Święty jest nam dany niezależnie od tego czy my mamy tego świadomość czy nie.
Całe życie mamy na to, aby zdobywać świadomość tego, co się dzieje w naszym wnętrzu.
Co my z tym robimy? Ile ja czasu poświęcam na modlitwę, ile ja czasu poświęcam na wsłuchiwanie się w to, że Duch Święty, Duch Jezusa Chrystusa, Duch Boga Ojca jest we mnie, że cała Trójca Święta przebywa we mnie. I to nie są metafory, tylko rzeczywistość. Do tego stopnia rzeczywistość, że gdy Jezus o tym mówił, (J 6) to większość ludzi odeszła, tak byli zgorszeni tym, że Jezus da swoje ciało i swoją krew, czyli swego Ducha.




Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego
(Mt 28,16-20)



Już dawno przestał obowiązywać trójpoziomowy układ świata: Niebo gdzieś na górze, my na ziemi, a w dole piekło. I w Niebie i na ziemi i w głębi ziemi obowiązują dokładnie te same praw fizyki, bo Niebo nie jest miejscem konkretnym. Pan Bóg jest wszędzie: „w Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy”.

Niebo nie jest miejscem, Niebo jest relacją. To, czy jesteśmy szczęśliwi nie zależy od okoliczności, to zależy od relacji z ludźmi i od relacji Panem Bogiem. Im bardziej jesteśmy świadomi ludzi, którzy nas kochają, którzy w nas pokładają zaufanie, którzy w nas wierzą, tym bardziej człowiek jest szczęśliwy. Im większa miłość, tym mniejszą rolę pełnią okoliczności w której ona się zdarza. Im bardziej wierzę w Pana Boga i im bardziej bliższy jestem Jemu, a On mnie, tym mniejszego znaczenia nabierają trudy życia. Tam gdzie jest wielka miłość, tam też jest wielkie szczęście. To jest tajemnica Wniebowstąpienia, które powinno się rozgrywać tu i teraz, w każdej chwili naszego życia. Królestwo Boże jest w nas.




VI Niedziela Wielkanocna
(Ps 66) - Przyjdźcie i słuchajcie mnie wszyscy, którzy boicie się Boga,opowiem, co uczynił mej duszy.

(1 P 3,15-18) - Pana Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony
wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest.

(J 14,15-21) - Nie zostawię was sierotami: Przyjdę do was.

Jest takie piękne zdanie w psalmie: „Przyjdźcie i słuchajcie mnie wszyscy,” - mówi psalmista – „którzy boicie się Boga. Opowiem, co uczynił mej duszy”. Pytanie, które warto skierować do siebie: - co ja opowiadam? Co Pan Bóg uczynił mej duszy? Czy ja w ogóle coś opowiadam? A może moja opowieść jest opowieścią sieroty? Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii do Apostołów w ten sposób: „Nie zostawię was sierotami”. Bez Boga wszyscy jesteśmy sierotami. W Ewangelii jest jeszcze kilka momentów, w których Jezus sugeruje nam, że wszyscy jesteśmy także dziećmi. Jest takie piękne opowiadanie o tym, jak zmartwychwstały Jezus pojawił się nad Morzem Tybiardzkim. O świcie Apostołowie wracają z połowu całonocnego, nic nie złowili i Jezus krzyczy do nich z brzegu: „Dzieci, czy macie coś do zjedzenia”? Dziwne sformułowanie, do dojrzałych mężczyzn mówi „dzieci”. Jezus chce mi zasugerować, że jeżeli nie ma we mnie Pana Boga, to jestem sierotą. Dzieci, które są pozbawione rodziców, usiłują sobie wytworzyć pewien substytut i jeżeli we mnie, w moim wnętrzu nie przebywa Pan Bóg... to ja szukam takich substytutów. Wtedy cokolwiek może stać się Bogiem.
Chrystus mówi, że On nie uczyni nas sierotami, da nam Ducha Świętego, przy pomocy którego będziemy umieli uzasadniać swoją wiarę. Święty Piotr w Liście dziś czytanym mówi w ten sposób: „Pana Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. Jeżeli ktoś w mojej obecności poniża moją wiarę, a ja udaję, że się nic nie dzieje, to znaczy, że tej wiary tak naprawdę we mnie nie ma. Można powiedzieć, że jestem sierotą, a swoje sieroce oblicze prezentuję przed innymi ludźmi. Obrona mojej wiary świadczy o tym, że naprawdę Chrystus we mnie przebywa, jeżeli jej nie bronię, to znaczy, że nie ma mojej wiary. Trzeba jednak uważać, bo obrona może być głupia. Są w Kościele takie rzeczy, które są złe i te należy jak najbardziej podkreślić i powiedzieć, że są złe.





V Niedziela Wielkanocna
(J 14,1-12) Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga?
I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele.

Filip mówi: „Pokaż nam Ojca”. Z punktu widzenia religii żydowskiej to pytanie było bluźnierstwem - dla Żyda zobaczyć Boga, to znaczy umrzeć. Filip gdzieś głęboko – bo rzecz się dzieje przed śmiercią i zmartwychwstaniem Pana Jezusa – wierzy w to, że Jezus jest jedno z Ojcem, ale mimo wszystko chce zobaczyć Ojca. Sądzę, że to pytanie jest ukryte w bardzo wielu ludzkich sercach, dlatego, że odchodzenie i śmierć Jana Pawła II – Ojca Świętego – zgromadziła tak wielu ludzi różnych religii, czasem także niewierzących. Jest w tym jakaś głęboka tęsknota za ojcostwem we współczesnym świecie. Jesteśmy troszeczkę bezdomni, Współczesny świat z jednej strony stał się globalną wioską i jest tak naprawdę malutki, bo z jednej półkuli na drugą mogę w każdej chwili zadzwonić przez telefon komórkowy, ewentualnie oglądnąć swojego interlokutora na monitorze, a z drugiej strony tak daleko jest od jednego serca do drugiego! I myślę, że w tym właśnie tkwi to głębokie pragnienie ojcostwa. Może dlatego ludzie tak licznie gromadzili się przy umierającym, odchodzącym do domu Ojca Janie Pawle II, ponieważ jesteśmy w pewnym sensie sierotami. Jak to lapidarnie i dosyć brutalnie wyraził prawosławny teolog Olivier Clement: „Współczesny człowiek nie czuje zakorzenienia ani w czasie, ani w przestrzeni. Powiedziano mu, że Ojciec jest represyjny, w związku z tym Go odrzucił. Pochodzi od małpy i zmierza do nicości”. Jezus nam mówi, że mamy Ojca, że wszyscy pielgrzymujemy do Jego domu, że posiadanie Ojca to jest jednocześnie opadniecie strachu z naszych serc. Ta Ewangelia zaczyna się w ten sposób: „Niech się nie trwoży wasze serce, wierzycie w Boga i we Mnie wierzcie”. Jeżeli nawet nie czuję zakorzenienia i oparcia w mojej rodzinie, jeżeli nawet umarł mój ojciec i matka i nie ma już domu moich rodziców – gdzieś on majaczy w mojej pamięci – to zawsze mam dom Ojca. Nieustannie należy odnawiać w sobie świadomość, że idziemy do tego domu. Zadaniem naszym, jeżeli chcemy usunąć z naszych serc lęk, jeżeli chcemy zamieszkać w domu, który jest bezpieczny już tu i teraz, jeżeli chcemy nie czuć się sierotami, zadaniem naszym jest nieustanne poszukiwanie twarzy Ojca w Jezusie Chrystusie. Jezus mówi dzisiaj: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Jeżeli ja przystępuję do Komunii z czystym sercem, to spożywam w pewnym sensie całą Trójcę – Ojca, Syna i Ducha Świętego. I Ona zamieszkuje w moim zniszczalnym ciele. Jeżeli przepełniony wiarą klękam na kolanach przed tą Tajemnicą i Ona się staje integralna ze mną ... to czegoż ja mam się lękać? „Niech się nie trwoży wasze serce”. Nie będzie się trwożyło, jeżeli będziemy mieli świadomość, ze idziemy do domu Ojca i karmili się Ojcem, Synem i Duchem Świętym w Eucharystii.






III Niedziela Wielkanocna
(Łk 24, 13-35) - Uczniowie uciekający do Emaus



Uczniowie uciekają do Emaus, miejscowości położonej 12 kilometrów od Jerozolimy, uciekają od swojej historii życia. Co nam to przypomina? Czyż my nie uciekamy czasem od historii naszego życia? A szczególnie od tych mrocznych faktów, które gdzieś nas gnębią. Nie da się wymazać z pamięci historii mojego życia, Nie wiem, gdzie bym uciekł, nie tylko dwanaście kilometrów od Jerozolimy do Emaus, ale na drugi koniec świata, to i tak historia mojego życia podąża za mną.

Uczniowie uciekając próbują sobie wyjaśnić na swój własny sposób krach swojego życia, kres obietnic i przypominają sobie te wszystkie fakty, ale nie potrafią tego sklecić w całość. I tak jest z nami. Mamy wszystkie dane ku temu, żeby zrozumieć nasze życie, ale nie możemy tego uczynić o własnych siłach. Przestawiamy puzzle naszego życia na różne sposoby i zawsze wychodzi jakiś knot. Zawsze czegoś brakuje. Nigdy nie potrafimy pogodzić się z samym sobą, wewnątrz nas jest jakieś chore, nieuleczalne rozbicie. Ta Ewangelia mówi, że jest tylko jeden sposób na sklejenie tego wszystkiego bez wyrzucania, bez negacji, na akceptację nawet najbardziej mrocznych zakamarków swojego życia i przerobienie ich w coś dobrego. Mianowicie to jest łaska, a ta łaska ma imię – jest nią Jezus Chrystus. Zwróćmy uwagę, kilka godzin wystarczyło, żeby ci ludzie zdążający do Emaus, trawieni lękiem, którzy uciekają przed historią swojego życia, nagle zawrócili i podążyli z powrotem do Jerozolimy. W tym momencie te rozbite kawałki ich życia – oni ich nie wyrzucali, nie usiłowali zatrzeć w pamięci, usiłowali od tego uciec – te wszystkie kawałki, puzzle, fragmenty posklejał Chrystus w jedna sensowna historię. Sensowną historię, która również zawierała Jego mękę, również zawierała fiasko wszystkich spodziewań się i tak dalej. Jezus wyraża to w ten sposób:
„ O nierozumni, czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć?” Ale nie jest to cierpiętnictwo, to jest owa „błogosławiona wina”, to jest zupełna akceptacja, że nie rugujmy ze swojego życia niczego. Nie usiłujmy tego posklejać na własną modłę, bo to przypomina, że ucieknę się do takiej metafory, że płyniemy w takiej skleconej przez nas łódeczce - skleconym przez nas sensie - po oceanie życia i co chwila coś pęka i my musimy jakimiś swoimi własnymi teoriami zatykać tę dziurę. Jeżeli jedną zatkamy, następna się uruchamia. I w końcu stoję zrozpaczony w tej łódce, która tonie, macham ręką i mówię: niech się dzieje co chce! Opanowuje mnie jakaś bierność, inercja. Wszystko chcę zrobić o własnych siłach. Poukładać, wytłumaczyć, usprawiedliwić. Tego się nie da zrobić, do tego musi być łaska potrzebna. Uprawiamy taki, jak to nazywam, „JAizm” – JA muszę sobie ze wszystkim poradzić. Nie da rady, nie wybaczę sobie samemu grzechów, nie przebaczę drugiemu człowiekowi, jeżeli solidnie nadepnął mi na odcisk. To wszystko musi we mnie uczynić Chrystus, ale ja Mu muszę opowiedzieć tę historię mojego życia. Nie da się inaczej sprostać temu wszystkiemu. Psalm tak pięknie mówi o tym:

Ty ścieżkę życia mi ukażesz,
Pełnię Twojej radości
I wieczną rozkosz po Twojej prawicy.


Nie mojej radości, bo ja usiłuję, klecąc sens swojego życia, nadać mu jakąś radość. Nie da się, to wszystko się prędzej czy później rozsypie. To jest Jego radość, ale i Jego łaska w układaniu tych zagmatwanych historii mojego życia. To wszystko ma głęboki sens, ale ja nie mogę go nadać sam sobie. Miejmy w pamięci tych dwóch ludzi. Przemiana w ciągu kilku godzin. Ucieczka od historii swojego życia. I zawrócenie, pójście niejako w paszczę lwa, żeby skonfrontować się ze swoim życiem, z historią, żeby zaakceptować ją do końca. A pomiędzy tym Jezus, który jest interpretatorem. Nie ma innego! Amen.




II Niedziela Wielkanocna, czyli Miłosierdzia Bożego
(Dz 2,42-47) (J 20,19-31) - Wątpiący Tomasz

Życiodajna śmierć.
Moje życie zaczyna się, ale się nie kończy. Jezus prawdziwie zmartwychwstał. Oby śmierć Jezusa Chrystusa i to nasze codzienne umieranie w trudnych chwilach zaowocowało życiodajnością
i zmartwychwstaniem.
















Andrzej Hołowaty OP homilie kazania mp3
Ilość odwiedzin od kwietnia 2014: