strona główna
Życiorys
Homilie
Homilie II
Homilie III
Homilie IV
Rekolekcje
Rekolekcje2
Rozwazania
Modlitwa
Chodzenie po tropach
Inspiracje
Refleksje
Na marginesie
Pasje
Wspomnienia
Video
Kontakt

Krótkie rozważania o modlitwie i medytacji




XXXVIII - PRESJA CZASU.

Kiedyś będąc w górach, szliśmy bardzo długą trasę i cały czas myślałem „Jak ja tam dojdę?”. Wtedy przypomniałem sobie o tym, co mówi buddysta – kiedy idę na spacer, to stawiam kroki koncentrując się na tym, co robię. I zacząłem właśnie w ten sposób - spokojnie stawiałem stopy i oczywiście ani się nie obejrzałem, gdy byłem na szczycie. Przestałem myśleć o tym, co mnie czeka, a skoncentrowałem się tylko na teraźniejszości, na tym, co robię teraz. Teraz jest bardzo ważnym momentem w naszym życiu, a ściśle rzecz biorąc jest jedynym momentem w naszym życiu, w którym ja naprawdę żyję. Przyszłości jeszcze nie ma i jak można ją spreparować, ażeby zaistniała? A przeszłości już nie ma, istnieje tylko teraz. To Stinissen zresztą opisuje w swojej książce. Koncentrowanie się na codziennych sprawach, na teraźniejszości powoduje, że to także przenika w moją modlitwę. Co więcej, my ulegamy pewnemu złudzeniu, że dogonimy czas, natomiast zupełnie odwrotnie jest w naszym życiu – przecież to czas idzie naprzeciwko mnie, a nie ja gonię czas. Nie wiem jak żebym się napiął, to i tak nie jestem w stanie ani przyspieszyć ani opóźnić następnej minuty, która przychodzi. Myślę, że trzeba budować w sobie taką świadomość.

Warto ćwiczyć takie koncentrowanie się na jednej czynności bez wybiegania w przyszłość, ćwiczyć takie okruchy dnia, czyli robimy tylko coś po to, żeby się tym czymś zająć. Jeżeli mam chwilę czasu, siadam sobie w fotelu i 5 minut poświęcam na takie wyciszenie się. Bez wyrzutów sumienia. Zakładam sobie, że nie będę odbierał telefonów i nic się nie stanie, jeśli za moment oddzwonię. Chodzi o to, żebym przestał ulegać tyranii tego wszystkiego, co mnie nieustannie popycha do działania, bo w takich momentach rodzi się od razu myśl, że być może akurat teraz mógłbym zrobić coś, czego nie zrobiłem przez dziesięć lat mojego życia. Pięć minut. Pięć minut takiego cieszenia się chwilą obecną, moim pokojem w którym siedzę, albo sytuacją w której jestem.

Jest taki opis w żywocie świętego Jeana Maria Vianneya, proboszcza francuskiego z Ars, on w swojej parafii miał takiego starego wieśniaka, który siadał w kościele i siedział godzinami. Vianney podszedł do niego kiedyś i spytał: Co ty robisz tak długo? A tamten, prosty chłop, odpowiedział: - Ja patrzę na Niego, On patrzy na mnie i tak siedzimy. Po prostu tak się modlił. Czyli siedzę, nigdzie się nie spieszę - chodzi o to, żeby czas przestał panować nade mną, a żebym ja panował nad czasem. Ja nie mogę sobie założyć, że może nagle czas przestanie panować nade mną. Ja to muszę wyćwiczyć.

Teraz jeszcze trudniejsze ćwiczenie – załóżmy że mam jutro egzamin, albo kolokwium i uczę się. Nastawiam sobie zegarek. Załóżmy, że zacząłem się uczyć od godziny dwunastej i nastawiam na siedemnastą. I o siedemnastej, niezależnie od tego, czy jestem w połowie rozdziału, czy akurat złapałem ideę tego, co miałem się nauczyć, to gdy zegarek dzwoni, robię sobie przerwę pięcio- czy dziesięciominutową, po czym znowu siadam. Poprzez takie ćwiczenie uczę się nie ulegać tyranii czasu. Po pewnym czasie takich praktyk okazuje się, że rzeczywiście nic się nie dzieje, że nic nie zaniedbałem, a jednocześnie opuściła mnie ta presja czasu. Wykorzystywanie okruchów czasu, albo wręcz tracenie czasu, walczenie, aby to, co mam zrobić nie opanowało mnie do końca, żebym nie wariował i nie poddawał się tej tyranii.

Jest taki niesamowity tekst w Piśmie Świętym, każdy go zna, gdy uczniowie płyną po jeziorze, a Pan Jezus śpi. To jest niesamowite, że Jezus śpi podczas burzy – i to jest symbol równowagi wewnętrznej. Apostołowie walczą, bo burza wtargnęła do ich wnętrza i z pretensjami zwracają się do Jezusa. A On odpowiada: - Czemu zwątpiliście, małej wiary? Obudził się i ta cisza, która była w Nim, spowodowała ciszę na zewnątrz. I ja mogę tak samo postępować, że cisza, która jest we mnie, spowoduje, że będzie również cisza dookoła. Nigdy odwrotnie! Ja nigdy nie zdołam odrobić straconej chwili i muszę odpuścić, co nie oznacza oczywiście, że mam siedzieć z założonymi rękami.

Wydaje mi się, że warto ćwiczyć takie rzeczy, a po pewnym czasie okaże się, że jestem rzeczywiście spokojny. Jeszcze jedna rzecz – nam się wydaje, że dogonimy pewne rzeczy. I zachowujemy się jak człowiek, który jedzie pociągiem i żeby wcześniej dotrzeć do celu, to przechodzi z ostatniego wagonu do pierwszego! Absurdalne. I my tak szarpiemy się i szamoczemy, a tak naprawdę gdy przestaniemy się szamotać, to ta cisza, która powstanie w nas ona będzie dominowała. Sytuacja wokół się nie zmieni, ale spowoduje, że ja zobaczę, że jestem panem czasu i nie ulegam jego tyranii.

To są cenne ćwiczenia, żeby zagłębić się w modlitwę i zagłębić się w ciszę. Cisza to nie jest tylko brak dźwięku. Cisza wewnątrz mnie, tak jak Pan Bóg jest ciszą. Jest taki tekst o Eliaszu, któremu Bóg się objawia, Eliasz schował się do jaskini i nagle słyszy łomot, burzę, ale to nie był Bóg. Dopiero w cichym powiewie wiatru był Pan Bóg. On jest w ciszy. Jeżeli tej ciszy nie będzie we mnie, to ta burza wtargnie do mnie i spowoduje, że będę miał pretensje przede wszystkim do Pana Boga tak jak Apostołowie – Ty śpisz, a my tu giniemy! Ta cisza winna być we mnie, ale to trzeba wyćwiczyć.




XXXVII - MEDYTACJA JAKO PRZEŻUWANIE.


Medytacja to jest przeżuwanie.
Nie brzmi dosyć apetycznie, ale to jest przeczytanie fragmentu Pisma Świętego i próba rekonstrukcji myśli, uczuć, tej sytuacji, takiego wyreżyserowania filmu według tego, co przeczytaliśmy. Łatwe to jest w scenach, w których występuje Jezus, trudniejsze może w dialogach, ale tak naprawdę te dialogi nie różnią się od naszych poza pewnym klimatem, tamtejszym. I wydaje mi się, że nie trzeba bać się uruchomienia swojej wyobraźni.

Medytacja polega na przeżuwaniu. To jest trochę podobne do procesu trawiennego. Mianowicie, jeżeli jem jakiś dobry obiad, to najpierw muszę go dobrze pogryźć. Organizm, który przyjmuje ten pokarm, on sam będzie „wiedział” jak korzystać. Ja nie musze się koncentrować na tym, żeby akurat organizm wybrał sobie z mojego pokarmu te rzeczy, które są mu potrzebne. I trochę tak jest z medytacją. Nasycam się poszczególnymi fragmentami Pisma Świętego, rozgryzam je, że tak powiem, wchodzę w sytuację i uczucia różnych ludzi, którzy występują na scenie biblijnej i później nie martwię się o to kiedy i gdzie będzie to wykorzystane. To jest takie przygotowanie działania dla Ducha Świętego. Ja nie muszę Go poganiać ani pilnować, On sam będzie wiedział jak skorzystać z tego materiału, który został przez mnie przyswojony. I do czegoś takiego można porównać medytację. Jeżeli jestem wierny w czytaniu tych fragmentów Pisma Świętego, to okaże się, ze po pewnym czasie, w konfrontacji z konkretnymi wydarzeniami w moim życiu, które odbywają się tu i teraz, nagle Duch Święty wyławia z mojej pamięci to, co kiedyś Mu przygotowałem. Dokładnie tak samo jak mój organizm wyławia z pokarmu to, co jest mu potrzebne do tego, żeby go zbudować. Nie muszę o to dbać. Takie zostawienie Panu Bogu „wolnej” ręki, kiedy i w jaki sposób mnie upomni przy pomocy fragmentu Pisma Świętego, który aktualnie przyjdzie mi do głowy.
I okazuje się, ze to naprawdę działa, działa w sposób genialny!

Jedna z moich znajomych mówi, że od czasu kiedy zaczęła – nie chodzi codziennie na Mszę Świętą, ale codziennie czyta rano czytania, te które przypadają na dzień dzisiejszy, można z tego łatwo korzystać, są kalendarze z odnośnikami do Pisma Świętego. Rano tak przygotowuje się do dnia, idzie w ten dzień i okazuje się, że tak naprawdę większość rzeczy przeżywa - jakby nie kontrolując zupełnie - w ramach tego tekstu, który przeczytała. I mówi, że od tego czasu, kiedy zaczęła to robić, naprawdę życie się zaczyna zupełnie inaczej układać niż wcześniej. Nagle widzi niesamowitą więź między tymi fragmentami, które przeczytała, a jej konkretnym życiem. Myślę, że taka medytacja jest niezbędna w naszym życiu.




XXXVI - BRAK LĘKU USUWA POŻĄDANIA.


Książki z zakresu mistyki pełne są wskazań, żeby uciszać w sobie pożądania.
Źródłem pożądań są lęki. Gdzie jest źródło lęku? Źródło lęku tkwi w naszym przekonaniu, że my
z powodu grzechu tracimy Pana Boga. Jeżeli tracimy Pana Boga, to musimy zapełnić czymś tę pustkę
i stąd się rodzą różnego rodzaju pożądania.

Jezus nie po to przyszedł na Ziemię, żeby mi wytknąć moje grzechy, tylko po to, żeby przekonać
mnie, że nigdy z powodu grzechu nie wypadłem z objęć Ojca. To wewnętrznie uspokaja. I myślę, że
modlitwa jest czymś takim: powierzeniem się całkowitym, z głęboką świadomością, że niezależnie
gdzie jestem, niezależnie w jaki grzech popadłem, ja nadal jestem w objęciach Pana Boga. Idąc
drogą i zmierzając do celu, już tak naprawdę jestem u tego celu. I to jest właśnie pogłębianie
tej świadomości, że ja nie muszę się bać, nie muszę się lękać i wtedy jedno po drugim odpadają
moje pożądania, próby zatrzymania kogoś, czegoś dla samego siebie, dlatego, że ja już nie muszę
zapełniać pustki, która jest we mnie, ponieważ przywrócona mi została moja świadomość, że
ja nigdy Go nie utraciłem, ja zawsze jestem z Nim.


XXXV - MIGAJĄCE OBRAZY


„Fahrenheit 451” to film o cywilizacji totalitarnej, a ten totalitaryzm polega na tym, że przy pomocy dominującej w tym świecie telewizji, schlebia się ludzkim słabościom - natomiast eliminuje się książki, eliminuje się słowo i myśl. Współczesna cywilizacja jest kulturą obrazkową, migotanie iluś tam obrazów na sekundę, które przelatują przed moimi oczami wyłącza moją wolę i rozum. Człowiek może się poczuć, jakby słuchał opowieści chomika o współczesnym świecie z wiersza Czesława Miłosza.

Modlitwa i kontemplacja jest oczyszczaniem mojego umysłu z tej migotliwości obrazu,
która pomijając moją wolę i rozum, trafia wyłącznie w emocje.


[Rozmiar: 59029 bajtów]


XXXIV - PRZYJĘCIE SWOJEGO ŻYCIA TAKIM, JAKIE JEST.


Jezus jest niedoścignionym wzorem przyjęcia swojego życia takim, jakim jest i tego się człowiek uczy na adoracji - siedząc, nic nie robiąc, nic nie udając, nie usiłując przekonać Pana Boga o niczym ani o nic Go błagać, tylko po prostu siedząc naprzeciwko siebie. I taką postawę warto zanosić w konkretne zakamarki swojego życia – ona owocuje takim nieustannym przyjmowaniem, że ja przestaję przebierać w życiu, przestaję używać kategorii, że coś mi się podoba - a coś mi się nie podoba, coś jest smutne, wesołe, radosne... Po prostu przyjmuję wszystko.


XXXIII - UMIEJĘTNOŚĆ POWIERZANIA.


Jeśli chodzi o poznanie Pan Boga, to niestety, człowiek ma taką skłonność do przerzucania tego poznania, którym dysponuje w stosunku do świata, również na Pana Boga. A jak my poznajemy świat? Umieszczamy w swojej głowie, tłumaczymy sobie, doszukujemy się różnego rodzaju reguł, ustalamy prawa, a w zasadzie odkrywamy te, które są w świecie.

Tego typu nawyk, który mamy w stosunku do świata, niestety nie funkcjonuje w dwóch wypadkach. To znaczy w wypadku drugiej osoby, którą, jeżeli chcemy zrozumieć do końca jej zachowania, to zawsze krzywdzimy, dlatego, że nigdy nie z rozumiemy do końca, możemy ustalić jakieś tam reguły, ale zawsze druga osoba, drugi człowiek jest tym, który wymyka się nam i trzeba o tym wymykaniu ciągle pamiętać, to się w żargonie teologicznym nazywa „tajemnica”. A jeszcze bardziej dotyczy to Pana Boga. Dlatego jedynym prawdziwym sposobem poznania Jego, to nie jest tylko i wyłącznie czytanie książek, bo one zawsze formułują jakieś pojęcia na Jego temat. Natomiast jedynym prawdziwym sposobem jest właśnie medytacja. A medytacja polega nie na tym, że ja mam Go poznać, tylko na tym, że ja mam być poznany przez Niego. Polega na powierzeniu się całkowitym, na oddaniu, na oddaniu się tajemnicy. Tutaj absolutnie wszystkie ludzkie kategorie, te światowe, którymi się posługujemy, nie mają racji bytu. Zawsze jeżeli usiłujemy Pana Boga ująć w jakieś formuły, zawsze On się nam wymyka i to nie jest Ten. I dlatego jedynym sposobem poznania Go jest umiejętność powierzania. Powierzania samego siebie. Na tym polega modlitwa i adoracja, dlatego Jezus kładzie taki nacisk na to, żeby w taki dziecięcy sposób powierzyć się Panu Bogu, bo wtedy naprawdę doświadczymy Jego obecności. Zawsze jeżeli będziemy usiłowali Go wcisnąć w jakieś kategorie, to będzie to Bóg martwy, Bóg, który nie żyje. Bóg, który się mieść w naszej głowie, nie może być prawdziwy.
W nawiązaniu do tego rozważania o powierzeniu się całkowitym Bogu poniżej modlitwa zawierzenia, którą O. Andrzej polecał swoim najbliższym, rodzinie. Jest to akt oddania Jezusowi,a właściwie zapis słów przez Niego wypowiedzianych do Sługi Bożego, księdza Dolindo Ruotolo - podobnie jak zapisywała je s. Faustyna
klik na obrazek



XXXII - NIE MA ZIEMI NICZYJEJ.


(J 3,16-21) "Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało,
że jego uczynki są dokonane w Bogu".


Modlitwa prowadzi mnie do takiego głębokiego przekonania i rozróżnienia, że w świecie ludzkich pragnień, wartości, w świecie, w którym żyjemy, tak naprawdę nie ma ziemi niczyjej. Wszystko ma albo posmak szatański albo boski i to jest tylko kwestia czasu, jak się rozwinie. Im głębiej się modlę, tym szybciej i pewniej potrafię to rozpoznać. I tym więcej jest we mnie "tak-tak", "nie-nie"


XXXI - MODLITWA A PRZEBACZENIE.


W prawdziwej, głębokiej modlitwie doświadczam dwóch rzeczy: umiejętności przebaczenia, a jednocześnie tej głębokiej świadomości, że to przebaczenie nie przychodzi wcale ze mnie, że to jest wielkim darem, a moją jedyną zasługą - o ile w ogóle o zasłudze można tu mówić - jest to, że się usunąłem i pozwoliłem wreszcie Panu Bogu działać we mnie.


XXX - OGŁUCHNĄĆ NA BODŹCE.


Nauka słuchania i milczenia to są dwie rzeczy, których człowiek może się nauczyć tylko na adoracji. Ogłuchnę na bodźce z zewnątrz, a jednocześnie przestaję mówić, po to, żeby usłyszeć to, co się dzieje we mnie i zahamować ten potok słów. Można nawet milczeć, a jednocześnie „gada” nasz umysł i to jest cała sztuka uciszenia swojego umysłu, albo przynajmniej spowodowania tego, że ja przestanę go słuchać, nauczę się wyłączać.


XXIX - WSZYSTKIE CODZIENNE WYDARZENIA
SŁUŻĄ ODKRYWANIU SAMEGO SIEBIE.


Chciałbym się zatrzymać na momencik nad wezwaniami, które są obecne w każdej Ewangelii. Jezus przede wszystkim mówi: „Czuwajcie!” - to znaczy żebyśmy byli świadomi, nieraz świadomi aż do bólu. Poza tym, to czuwanie też ma się wyrażać w modlitwie. Mówi o tym, abyśmy się nawracali. I chciałbym to skonfrontować z takim jednym zdaniem, które – nie wiem, kto to powiedział, ale wydaje mi się, że jest mądre - mianowicie: „znamy się na tyle, na ile nas sprawdzono”. Co to znaczy? To znaczy, że wszystkie wypadki, które nas spotykają, różnego rodzaju wydarzenia codzienne, są po prostu po to, abyśmy odkrywali samego siebie. Jeszcze jedno wezwanie jest z Ewangelii, bardzo ciekawe, mianowicie Jezus mówi o tym, abyśmy nieustannie byli uczniami, nie pozwalali się nazywać nauczycielami czy mistrzami, tylko nieustannie byli uczniami. I tak naprawdę uczy mnie w życiu to, co mnie spotyka.

My bardzo często nie przyjmujemy, że fakty, które nas spotykają odkrywają coś w nas, tylko szukamy przyczyny tego bolesnego odkrywania, a raczej ranienia nas, w innych ludziach. Tymczasem te wszystkie fakty to są pewnego rodzaju dane od Pana Boga, które mają służyć po to, aby odkryć nas dla samych siebie. Tacy jesteśmy, jak nas sprawdzono. Znamy siebie na tyle, na ile nas sprawdzono. I teraz ja mogę nieustannie uciekać w życiu od tego typu sprawdzianów, produkując oczywiście fikcyjny świat, ale prędzej czy później i tak ta zasłona zostanie zerwana. Ja myślę, że właśnie modlitwa jest takim momentem, w którym człowiek może spokojnie przeanalizować samego siebie i zobaczyć jak Pan Bóg, poprzez te konkretne wydarzenia naszego życia, usiłuje nam powiedzieć coś o nas. To co się wyłania, to nie jest coś, czego nie było. To cały czas we mnie było, tylko nastąpiło odpowiednie wydarzenie, które mi odkryło jakim jestem. To nie inni ludzie, nie sytuacja, to jest odkrycie mnie samego poprzez konkretne fakty. W ten sposób uczę się nieustannie i ta nauka będzie w zasadzie trwała do końca życia. I wydaje mi się, że bardzo często spotykamy takich ludzi, którzy są takim „nieodpakowanym prezentem” Pana Boga. Mianowicie, uodpornili się na wszystkie wydarzenia, które w jakiś sposób usiłują obnażyć ich i pokazać im jakimi są. Zagubili się w różnego rodzaju tłumaczeniach, a najczęściej to tłumaczenie opiera się po prostu na obciążeniu winą innych ludzi.

Warto pamiętać o tym, że mamy czuwać, czyli żyć świadomie i nieustannie pamiętać o tym, że jesteśmy uczniami. A wszystkie wydarzenia, które nas spotykają, są znakomitymi nauczycielami i odsłaniają w nas to, czego nieraz nawet nie przypuszczaliśmy, że jest w nas. I to nie jest wina innych ludzi, wina sytuacji, tylko po prostu służy odkrywaniu samego siebie. Amen.


XXVIII


Modlitwa doprowadza do tego, że moje problemy zostaną nazwane, a ja, gdy pozbędę się mojego fałszywego "ja", to pozbędę się także tych problemów. One będą nadal, ale nie dla mnie, bo dzięki głębokiej modlitwie odnajdę moje prawdziwe " ja" i będę miał do nich dystans.



XXVII - W RAMIONACH PANA BOGA.


Gdyby przejrzeć Ewangelię, to bardzo często Jezus powtarza: „Czuwajcie i módlcie się”. Tego dotyczą poszczególne Jego sentencje, także przypowieści. Czemu ma to służyć? Wydaje mi się, że warto by powiedzieć dwa słowa na temat koncepcji czasu u Żydów. Koncepcji czasu, która wynika z Biblii, ze Starego i Nowego Testamentu. Otóż Pan Bóg nieustannie stwarza, to wszystko jest niedokończone i zmierza ku pełni. Powiedziałbym, że koniec człowieka to nie jest powrót do jakiegoś wyimaginowanego raju, tylko jest to pójście w kierunku pełni Pana Boga. Bardzo często mamy w swoim życiu takie okresy, że chcemy powrócić do nich, że było pięknie i wspaniale kiedyś i usiłujemy za wszelką cenę odtworzyć tą rzeczywistość... Nie da się jej odtworzyć, czas nieustannie, spokojnie, metodycznie idzie do przodu, a modlitwa - to wezwanie: „Czuwajcie i módlcie się” – nie ma charakteru presji wywartej na nas po to, żebyśmy byli spięci i oczekiwali jakiegoś kataklizmu, tylko wręcz przeciwnie, żebyśmy poczuli się zadomowieni w czasie, że mamy prawo tu być. Modlitwa czyni dwie rzeczy: przede wszystkim kontaktuje mnie z Panem Bogiem, który nieustannie stwarza i nieustannie czyni wszystko nowe, a poza tym – co jest też niezmiernie ważne – kontaktuje mnie z samym sobą. Powoduje, że włącza mi się filtr, taki filtr, który niejako odsuwa głosy tego świata, które nieustannie mi podpowiadają, że musisz coś zrobić, musisz bronić się przed innymi, czas jest pełen niebezpieczeństw, kryzysów, zasadzek i pułapek... I gdy włączę telewizor, to nieustannie sączy się do mojej głowy tego typu wizja. Natomiast modlitwa sprawia, że ta wizja cichnie, że moje życie staje się autentycznie moje, że jeżeli ja mam kontakt z sobą, to to, co czynię, rzeczywiście czynię w sposób, który wypływa ze mnie, a nie który jest mi tam jakoś sugerowany, naciskany, że coś powinienem robić itd. I to jest prawdziwa twórczość i temu ma służyć uważność, modlitwa, czuwanie, kontakt z samym sobą. Świat jest miejscem naprawdę bezpiecznym i cokolwiek by mi się nie stało to i tak jestem w ramionach Pana Boga.



Modlitwa niejako usuwa ten cały lęk, który gdzieś za mną idzie, został mi wszczepiony przez moją cywilizację (to nie znaczy, że ona jest zła), wielu ludzi myli się, wielu ludzi chce mnie zastraszyć, a modlitwa kontaktuje mnie z samym sobą. Jednocześnie pozbawia mnie złudzeń, że ja mam powrócić do jakiegoś wyimaginowanego raju, że mam uczynić sobie z tej modlitwy schron, w którym się schowam przed życiem. Absolutnie nie! Ona właśnie zanurza mnie w życiu, bo poprzez to, że zyskuję zaufanie do samego siebie, do Pana Boga, do tego jakiego mnie stworzył, to zupełnie inaczej zaczynam patrzeć na świat - właśnie w taki sposób szalenie indywidualny, choć nie ekscentryczny, tak naprawdę mój i nie małpujący innych ludzi. To jest odnalezienie samego siebie i odnalezienie miejsca w tym świecie i w życiu – temu ona ma służyć. I temu ona naprawdę służy: takiemu zakorzenieniu - mam prawo tu być i mam prawo być taki, jaki jestem. On mnie akceptuje i to jest nieustanne punkt wyjścia. Świat jest nieustannie stwarzany i ja też jestem nieustannie stwarzany, a to wszystko jest w rękach Ojca. Amen.


XXVI. Wystarczy tylko, że moje myśli krążą wokół Jezusa, a On tam jest,
nie muszę wcale odczuwać Jego obecności.




XXV. Ludzie, z którymi łączy mnie przyjaźń i miłość, mają mnie prowadzić
do osobistego doświadczenia Chrystusa, a modlitwa jest w tym niezbędna.




XXIV. Nic mi się w życiu nie należy.



[Rozmiar: 111173 bajtów]


XXIII. Świadomość odchodzenia z tego świata powoduje podział
na rzeczy istotne i nieistotne - o medytacji ostatniego dnia życia.



XXII. Jestem rękopisem zapisanym przez Pana Boga przed moim urodzeniem,
a drogą dotarcia do tych zapisanych danych jest modlitwa.



XXI. "Poznajcie Prawdę, a Prawda was wyzwoli",
- dzięki życiu modlitewnemu powalam się stwarzać Panu Bogu



XX. Modlitwa pustki i niespodziewania się powoduje, że zaczynam
patrzeć oczami Bożymi i głęboko rozumieć Pismo Święte.



XIX. Nieustannie słyszę Jego pukanie u drzwi mojego domu.



XVIII. Albo będę oprawcą albo ofiarą.



XVII. Jestem komuś potrzebny po to, aby złożyć
ze swego życia ofiarę.



XVI. W modlitwie ważna jest intencja, a nie atencja
- nasze ciało na modlitwie.



XV. Brak modlitwy powoduje, że ja oddaję cześć drodze a nie Celowi drogi.



XIV. Modlitwa narzędziem odkrywania sensu mojego życia.



XIII. Nieważne co mam, ważne jak to przyjmuję.



XII. Krzyż schematem życia człowieka.



XI. Modlitwa pozwala mi zamilknąć i widzieć wszystko głębiej,
dzięki niej mogę w każdym człowieku zobaczyć nieskończoność.



X. Cierpienie sprzyja modlitwie.



IX. Nie wartościować, ale chłonąć ten świat
- o postawie medytacyjnej.



VIII. O myśleniu przyczynowo-skutkowym.



VII. Odnaleźć w sobie zagubione Boże oblicze.



VI - KAPITULACJA WOBEC TEGO, CO PRZYCHODZI.


Chciałbym zacząć od cytatu z książki „Noc jest mi światłem” Stinissena, strona setna. Ostatnio mi wpadło to w oko. Stinissen cytuje nieznanego z nazwiska mistyka, w każdym razie jego przyjaciela, cytuje fragment jego listu. Ten człowiek pisze tak: „Jak wiesz, cała moja metoda polega na tym, by nigdy nie sprzeciwiać się temu, co na mnie przychodzi. Wszystko, co nie jest całkowitym, bezwarunkowym zawierzeniem i kapitulacją, jest stratą czasu i niepotrzebnym cierpieniem”.



Ktoś może powiedzieć: - no dobrze, ale my mamy mówić o modlitwie, a tymczasem ten człowiek mówi o życiu... Kilkakrotnie już wspominałem, że sama modlitwa musi przechodzić w życie. Na początku, gdy człowiek zaczyna swoją przygodę z Bogiem, modlitwa wydaje się czymś oddzielonym od życia, ale im głębiej wchodzi w modlitwę, tym bardziej jedno z drugim się przenika. I w końcu dochodzi do tak niesamowitej sytuacji, że trudno już odróżnić modlitwę od życia i życie od modlitwy. Temu mistykowi, cytowanemu przez Stinissena, chodzi właśnie o to, że modlitwa powinna się rozciągnąć na całe moje życie, a tym rozciągnięciem jest po prostu bezwarunkowa kapitulacja wobec tego, co przychodzi. Jak mówi- wszystko inne, jeżeli ja się zacznę szamotać – jest cierpieniem. Jak on to rozumie? Prawdopodobnie jak większość mistyków, to znaczy, my bardzo często gdy wchodzimy w jakąś sytuację życiową, to od razu sobie wyobrażamy, że gdybyśmy mieli inną, to by było lepiej. Nie, mamy takie dane, jakie są, takie osoby jakie są wokół nas, takie potraktowanie nas przez te osoby, jak nas potraktowali i coś sensownego musimy z tym zrobić. Oczywiście, to wcale nie zakłada bierności, wręcz przeciwnie, to zakłada pracę na tych danych, które są, a nie tych, które mogłyby być i ewentualnie przyczyniłyby się do szczęśliwego rozwiązania tej sytuacji. Szczęśliwe rozwiązanie sytuacji to na ogół jest po prostu erupcja naszego egoizmu. I jeżeli ja wierzę, że wszystko - łącznie z każdym moim oddechem - jest darem Pana Boga, to również to, co mnie spotyka też jest darem pana Boga i dana chwila zawiera w sobie wszystkie potrzebne mi elementy do tego, żebym wykorzystał je dla swojego dobra. A na drugi plan schodzi, czy ja będę się czuł w komfortowej sytuacji, czy mnie komfortowej – to się stają rzeczy nieistotne.

Myślę, że to jest praktyka modlitwy w codzienności, że ja przyjmuję to, co jest i staram się te elementy tak poukładać, żeby tą sytuację rozwiązać nie w oparciu o to, co mogłoby być, tylko w oparciu oto, co jest. I to jest konkretne zanurzenie w konkretnej chwili, która teraz, tutaj, jest obecna. Wszelkie szamotanie powoduje dodatkowe cierpienie, tak jakbym się szamotał w sieci. Naprawdę, Panu Bogu nic się nie wymyka spod kontroli - warto sobie ciągle to powtarzać, szczególnie kiedy jestem zaskoczony sytuacją, zaskoczony postawą innych ludzi, że to jest widocznie mi potrzebne. Widocznie Pan Bóg chce z tych elementów coś wyrzeźbić ze mnie, a ja mam to wszystko poukładać w sensowną całość. I tak modlitwa przenika się z życiem, a życie z modlitwą. Co my innego robimy na medytacji, jak nie zatapiamy się w chwili teraźniejszej? W jakiś sposób walczymy z tym, że myśli nam uciekają, że gdzieś krążymy po peryferiach. Po pewnym czasie zanurzymy się tylko w Tu i Teraz, mamy tylko te elementy, które są wokół nas. Nic innego, bo nic innego nie jest potrzebne. Dokładnie tak samo jest w życiu – to, co mam, jest mi potrzebne, konieczne i jest warunkiem tego, żebym sobie poradził. Nic innego, co bym wymyślił, co inni mogliby mi dać, a ich akurat nie ma w zasięgu ręki czy wzroku. To wszystko, co mam teraz jest dobre, konieczne i przy pomocy tych elementów mam rozwiązać tą sytuację, w której jestem. Amen.


V. "Tracenie" czasu z Bogiem.



IV. O modlitwie Jezusowej
"Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną".


Pan Bóg stworzył mnie - tchnął w nozdrza życie. Oddech jest synonimem życia.
Panie Jezu Chryste - wypowiadam te słowa wdychając powietrze, a więc nabierając życia.
Zmiłuj się nade mną - zmiłuj się nad tym wszystkim co jest złe i może zniszczyć mój organizm.
Wydycham to wszystko, co wiąże się ze złymi czynami, które czyniłem dotychczas.



III. Wszystko jest darem.



II. O dialogu z Bogiem.



I. O nieodczuwaniu obecności Boga na modlitwie.



Ilość wejść: